Minęło już trochę czasu odkąd wybrałam się na Studencki Nocny Klub Filmowy, na którym wyświetlano film „Demon” w reżyserii Marcina Wrony. Odmiennie wrażenia wynosi się z sal kinowych, gdy są zapełnione po brzegi, a inne, gdy jest się jedną z dwóch osób siedzących w rzędach. Reakcja publiczności może okazać się niezwykle ważna, pokazuje ona bowiem, w jaki sposób film zostaje przyjęty, a nie jedynie odczucia, które wiążą się z indywidualnym poczuciem estetyki.

„Demon” jest ciekawą próbą zmierzenia się ze światem pozarzeczywistym. Znajduje to odzwierciedlenie w życiorysie reżysera – jego ojciec był zwolennikiem, a nawet praktykiem bioenergoterapii, a tym samym Wrona pozostawał pod stosunkowo silnym wpływem poglądu głoszącego, że istotna w człowieku jest jego aura. Zaburzenia w aurze przekładają się tym samym w przyszłości na choroby w organizmie ludzkim. W filmie reżysera wyczuwalne jest oddziaływanie między sferą duszy a sferą ciała, przez co „Demon” ma charakter mistyczny.

Jednym z największych atutów filmu, który od razu jest zauważalny to świetny czarny humor. I potwierdzała to publiczność, która śmiała się z tekstów ojca panny młodej (granego przez Andrzeja Grabowskiego), czy też z kontekstów sytuacyjnych, w które przeważnie był uwikłany lekarz (Adam Woronowicz). Ten nietypowy dla polskiego kina klimat może przypominać widzom film „Kołysanka” (Juliusza Machulskiego, swoją drogą bardzo dobry film, głównie ze względu na atmosferę historii). U Wrony mamy do czynienia z pomieszaniem stylów – od patosu do śmiechu, od rozbawienia do rozpaczy bohaterów, co sprawia, że produkcja staje się intrygującą opowieścią teraźniejszości pomieszanej z przeszłością, której nie da się zapomnieć.

“Było dla mnie jasne, że to musi być straszne i śmieszne jednocześnie. (…) Interesowało nas też, jak w świecie racjonalnym możemy skonfrontować się z duchowością – obcą nam, ale jednak nie do końca. Wypraliśmy ją, zapomnieli, ale przecież przez stulecia współtworzyła ona kształt naszego społeczeństwa. Chcieliśmy zrobić film o tym, że pamięć do nas wraca” – tak opisywał na festiwalu w Gdyni Paweł Maślona (współscenarzysta filmu).

Z elementów czysto technicznych warto zwrócić uwagę na dwa aspekty: zdjęcia i montaż (odpowiednio Paweł Flis oraz Piotr Kmiecik obaj znani choćby z filmu „Chrzest”). Wesele przypomina typowe obrazki, które widz zna już z filmów Wajdy czy Smarzowskiego (obie produkcje o tym samym tytule „Wesele”), jednak kolorystyka i praca kamerą wprowadza do uroczystości w „Demonie” nieco niepokoju. Istotnym elementem jest także muzyka – w czasie tańców brzmi nieco żydowsko, co wiąże się wszak z całą historią, a w punktach kulminacyjnych świetnie dopełnia obraz historii.

Co do samej fabuły – należy przyznać, że sam pomysł, zarys, jest bardzo dobry i zdecydowanie może się podobać. Jednak historia jest nieoczywista, momentami może nawet zbyt zagadkowa, więc widz zostaje pozostawiony sam sobie z mętlikiem w głowie. Temat powrotu do przeszłości jest dość utarty w polskim kinie, a przy opisywaniu „Demona” często zostają przywoływane filmy, takie jak „Pokłosie” czy „Ziarno prawdy”. Ten zabieg wydaje mi się jednak nad wyraz, bowiem atmosfera u Wrony może okazać się niekiedy groteską, ponieważ relacje z tym co już się wydarzyło są niezwykle trudne.

Odkryciem można nazwać głównego bohatera, Piotra, granego przez Itay’a Tirana. Izraelski aktor świetnie wciela się w postać pana młodego, który zaczyna widzieć rzeczy, których nikt inny nie dostrzega. By nie zdradzać elementów fabuły po prostu wspomnę, że z minuty na minutę Tiran gra coraz lepiej, zwłaszcza w punktach kulminacyjnych. Inną postacią, która zasługuję na chwilę postaci, jest ojciec panny młodej – Grabowski zachwyca. Jest to zdecydowanie jedna z lepszych kreacji tego aktora z ostatnich lat i nawet tylko dla niego warto zobaczyć ten film. Mnie osobiście nieco rozczarowała Agnieszka Żulewska, która grała pannę młodą, bowiem przytłoczona innymi barwnymi osobistościami ginie z oczu podczas wesela.

Nieodłączonym elementem, który wiąże się z filmem, jest śmierć reżysera Marcina Wrony, który popełnił samobójstwo podczas trwania festiwalu w Gdyni. Można więc różnie interpretować całą produkcję, która jest określana mianem ostatniej części trylogii zła („Moja krew”, „Chrzest” i „Demon” właśnie). Ostatni film jest najdojrzalszym i chyba najlepiej przemyślanym z tych trzech. Co ciekawe padający nieustannie u Wrony deszcz – woda, która wydawałaby się, że powinna oczyszczać weselników, okazuje się, że raczej pomaga złu wyjść spod ziemi.

ocena: 6,5/10

Nieustraszona pogromczyni każdej pozycji filmowej bez względu na to, czy ma zmierzyć się z klasykiem kinowym, czy polską komedią romantyczną. Dzień bez obejrzanego filmu, jest dniem straconym. Jej mottem życiowym jest: good films make your life better, choć kino klasy B także ma swój urok.