Film, który określany jest mianem „polskiego kandydata do nagrody Oscara”, sam prosi się o obejrzenie, tym bardziej po ostatnich sukcesach na tym polu „Idy” Pawlikowskiego. „11 minut’ Skolimowskiego pokazane było na festiwalu w Wenecji, gdzie zdobyło wyróżnienie specjalne (Nagroda Młodych Jury). Reżyser ma w swoim dorobku wiele produkcji, jednak ta najnowsza drastycznie różni się od wcześniejszych filmów. Na pytanie, czy Skolimowski poszedł w dobrym, czy złym kierunku, każdy z widzów powinien odpowiedzieć sobie sam.

„11 minut” to splot różnych historii odmiennych od siebie bohaterów, których cele i pragnienia są niejednorodne. Jednym słowem – istna mieszanka. Mamy do czynienia z totalnym wymieszaniem różnych światów. Pomysł na takie zaprezentowanie fabuły nie jest niczym nowym, wystarczy sięgnąć choćby do meksykańskiego kina, gdzie przykładem może być „Babel” w reżyserii Iñárritu. Niektórzy upatrują się również podobieństwa do filmu „Dzikie historie” Szifróna, który był nominowany do Oscara w kategorii „najlepszy film nieanglojęzyczny”, choć to porównanie wydaje się być zbyt daleko idące. Ciekawym zabiegiem okazuje się igranie z osią czasu – historie nie układają się od razu w jeden ciąg, a nachodzą na siebie i krzyżują się nieoczekiwanie, by ostatecznie w finale zbiec się w bardzo efektowny/(kiczowaty?) sposób.

Na zdecydowaną pochwałę zasługuje montaż (za który Agnieszka Glińska została nagrodzona Złotym Lwem) oraz nietypowa praca kamerą. Te dwa elementy nadają filmowi potrzebny dynamizm oraz utrzymują stan niepewności co do losów bohaterów. Idealnie wpasowują się w główny pomysł prowadzenia narracji, a więc ogólnego pomieszania z przemieszaniem wątków. Nieco rozczarowują zdjęcia, za które odpowiedzialny był Mikołaj Łebkowski, bowiem nie wykorzystano potencjału Warszawy (a nawet Dublinu, bo i tam kręcony był film, co jednak ciężko dostrzec).

W filmie, co nie powinno nikogo zaskoczyć ze względu na to, że Skolimowski ma już ugruntowaną opinię o sobie, znajdziemy plejadę gwiazd. Poczynając od Andrzeja Chyry, który gra sprzedawcę hot-dogów, a kończąc na Dawidzie Ogrodniku wcielającego się w postać kuriera. Nie zabraknie także Piotra Głowackiego czy Agaty Buzek, jednak nie chodzi przecież o to, by obsadzić samymi znanymi nazwiskami bohaterów fabuły, ale by dać im możliwość wykazania się. Scenariusz to jeden ze słabych elementów filmu, można mu wręcz zarzucić, że został napisany niedbale. Trudno doszukiwać się jakiegoś unikatowego charakteru, wręcz takiego, który byłby kołem ratunkowym dla całego filmu. Trudno doszukać się postaci, która zostałaby rewelacyjnie zagrana, ale to dlatego, że scenariusz tego nie uwzględnia. Mamy równorzędnie szare postacie, spośród nich może wyróżniać się nieco Andrzej Chyra, który sam w sobie jest zawsze charyzmatyczny (co warte przypomnienia: w filmie jest sprzedawcą hot-dogów!).

Niestety, i muzyka nie ratuje sytuacji. Przez większość czasu niezauważalna, a kiedy już wybija się na pierwszy plan to ciężko określić ją mianem zachwycającej. Choć oczywiście opinie potrafią być odmienne – w Gdyni film zdobył między innymi nagrodę właśnie za muzykę. Jedną piosenką, według mnie, która świetnie pasowała do kontekstu sytuacyjnego był utwór Tomasza Organka „O matko!” (jeden z lepszych wątków przedstawionych w filmie).

Możliwe, że Skolimowski chciał stworzyć film w iście hollywoodzkim stylu – montaż i kamera, były naprawdę dobrym krokiem w tę stronę, jednak cała reszta pozostawia wiele do życzenia. Ciężko opisywać całokształt filmu, nie zdradzając przy tym końcówki, jednak finał „11 minut” można podsumować słowem „kicz”. Reżyser na pewno nie chciał doprowadzić do sytuacji, kiedy po seansie widzowie patrzą po sobie i pytają „o co w tym chodziło?”. Na pierwszy plan całego filmu wysuwa się wątek przeznaczenia, od którego nie można uciec. Fatum, które ciąży nad każdym z nas, a którego nie da się odmienić. Film ma raczej pesymistyczny wydźwięk i niewątpliwie skłania do refleksji.

ocena: 2/10

Nieustraszona pogromczyni każdej pozycji filmowej bez względu na to, czy ma zmierzyć się z klasykiem kinowym, czy polską komedią romantyczną. Dzień bez obejrzanego filmu, jest dniem straconym. Jej mottem życiowym jest: good films make your life better, choć kino klasy B także ma swój urok.