Wy jesteście solą ziemi. Lecz jeśli sól straci swój smak, czy da się ona czymkolwiek posolić? Już do niczego się nie nadaje, chyba do wyrzucenia na dwór i podeptania przez ludzi (Mt 5,13).

Choć dokument w reżyserii duetu Salgado & Wenders został nominowany do Oscarów w kategorii „Najlepszy pełnometrażowy film dokumentalny”, rozdanych lutego tego roku (nagrodę zgarnął „Citizenfour”), dopiero od paru dni można zobaczyć go w polskich kinach. Historia skupia się na życiu brazylijskiego fotografa Sebastiao Salgado, które przedstawione jest przez pryzmat jego zdjęć.

Ale zacznijmy od początku – co w ogóle oznacza fotografia, czym miała być w oryginale? Głos narratora przychodzi z pomocą: phōtós – światło, gráphō – piszę, graphein – rysować, co razem daje nam odpowiedź. Fotografia to nic innego jak rysowanie światłem. I trzeba przyznać, że Salgado robi to w sposób niezwykły. Mogłoby się wydawać, że nie da się w sposób ciekawy połączyć zdjęć i filmu, by jedno współgrało z drugim, jednak reżyserowie poradzili sobie znakomicie. Oczywiście wiele zawdzięczają właśnie fotografiom – czarno-białe obrazki Salgado sprawiają, że cała oprawa jest zbyteczna. Jednocześnie należy podkreślić, że nie jest to film dla znawców fotografii, a raczej dla miłośników ciekawych historii opowiadanych w niecodzienny sposób.

Z każdym zdjęciem postura Salgado wydaje się być wyraźniejsza – poznajemy nie tylko historię poszczególnych obrazów, ale i jego życia – dlaczego musiał wyjechać z Brazylii, opowiada o swoim małżeństwie i dzieciach. Na szacunek zasługuje to, iż zdaje sobie sprawę z tego, że nie jest idealnym mężem ani ojcem – ze względu na dalekie, długie podróże prawie nie ma go w domu, film więc po części można odebrać jako podziękowanie za wsparcie, które dawała mu rodzina. Ciekawą postacią jest syn – Juliano, który od małego traktował rodzica jako odkrywcę, superbohatera, a teraz pomaga mu przy stworzeniu filmu. Nie wyczuwa się żalu, ani pretensji w jego głosie, gdy prowadzi narrację, a raczej chęć pokazania, ile pracy i wysiłku ojciec wkłada w wykonanie każdego zdjęcia.

A fotografie Sebastiao poruszają trudne tematy – głód, śmierć, przesiedlenia, ludobójstwa. Reżyserowie nie próbowali rozstrzygać dylematu, który podnoszony jest co jakiś czas – jak można fotografować takie zdarzenia, zamiast starać się pomóc tym, którzy tego potrzebują. Brak jednoznacznej odpowiedzi przez niektórych odbierany jest jako próba stawiania na piedestale Salgado i idealizacja jego postaci. Ale nie można zarzucić mu obojętności w stosunku do tego, czego doświadczył. Poczynając od lat ’70, gdy dopiero zaczynał swoją przygodę z fotografią, znalazł się w centrum różnych konfliktów czy to o podłożu gospodarczym lub etnograficznym. Etiopia, Tanzania, ale również i tragedie, które rozegrały się w Europie – wojna w Bośni i Hercegowinie, sprawiły, że musiał zmienić tematykę zdjęć. Zajął się planetą – naturą, która zanikała, a którą, jak sam pokazał, można przywrócić. Wraz z małżonką zasadzili na nowo lasy tropikalne w swojej rodzinnej miejscowości.

Niesamowity jest stosunek Salgado do świata, który fotografuje. Gdziekolwiek się znalazł, zawsze przenikał to miejsce, społeczność – z ludźmi, którym robił zdjęcia zawsze starał się spędzać jak najwięcej czasu. Bowiem jak sam twierdzi: utrwalanie ich na obrazach pozwala zachować cząstkę ich samych.

Trudno jest ocenić film dokumentalny. Nie ma aktorów, są ludzie, który istnieją w rzeczywistości, nie ma scenografii, a prawdziwe miejsca. Należy przyznać, że sposób przedstawienia historii został bardzo dobrze przemyślany. Przez większość filmu oglądamy zdjęcia, którym towarzyszy głos lektora, przeważnie samego Sebastiao, czasem jego syna. Narracja jest konkretna i nie przesłania obrazu, co jest zdecydowanie dużym plusem. Podobnie jak i muzyka, która świetnie współgra z czarno-białymi fotografiami. Oczywiście elementy charakterystyczne dla filmu również się pojawiają – są ciekawe przejścia między obrazami a wywiadem z fotografem, kiedy to Sebastiao wręcz przenika swoje zdjęcia.

Jeśli ktoś marzy, by wybrać się na wycieczkę po całym świecie, wycieczkę dojrzałą, niekiedy przytłaczająco smutną, powinien zobaczyć „Sól ziemi”. Niewątpliwie film pozostawia w pamięci wyraźne ślady poczucia estetyki, które niełatwo wymazać.

ocena: 9,5/10

Nieustraszona pogromczyni każdej pozycji filmowej bez względu na to, czy ma zmierzyć się z klasykiem kinowym, czy polską komedią romantyczną. Dzień bez obejrzanego filmu, jest dniem straconym. Jej mottem życiowym jest: good films make your life better, choć kino klasy B także ma swój urok.