Ach śpij kochanie to przepiękny film, który został największym rozczarowaniem roku. Sprawa Mazurkiewicza miała rozgłos w powojennej Polsce, a zapowiedzi medialne premiery podgrzały zainteresowanie nią teraz. Świetna obsada, prawdziwa historia mordercy z PRL-u oraz cudowne dekoracje sprawiły, że chcieliśmy zobaczyć o wiele więcej, niż reżyser zechciał nam pokazać.
Nowy film Krzysztofa Langa to historia seryjnego mordercy z Krakowa, działającego w latach 40.-50. XX. wieku. Podejrzenia padają na eleganckiego, szanowanego mężczyznę Mazurkiewicza (Andrzej Chyra), który za swój styl i maniery dostał w rodzinnym Krakowie przezwisko „piękny Władek”. Młody milicjant Karski (Tomasz Schuchardt) pracuje nad postawieniem zarzutów. Sprawa nie wydaje się być skomplikowana: Mazurkiewiczowi udowodniono 6 zabójstw, wszystkie z motywem rabunkowym. Do akcji jednak wkraczają wpływowi znajomi podejrzanego. Jednocześnie są przełożonymi Karskiego…
Film ma doskonałą obsadę, trudno byłoby wyobrazić sobie lepszą: w Ach śpij kochanie zobaczymy Chyrę, Schuchardta, Lindę, Grabowskiego, Jakubika, Gruszkę i Warnke. Ich postacie są wyraziste, a jednak po kilku scenach nic z tego nie wynika: reżyser nie rozbudowuje ich charakterów. Niestety, żaden bohater nie wyłania się na tle innych, nawet główni. W przeciwieństwie do tego, cała scenografia została wykonana na bardzo wysokim poziomie. Piękne, autentyczne wnętrza z tamtych czasów, PRL-owskie restauracje czy tramwaje, których nikt z młodego pokolenia nie widział, a do których i tak mamy nostalgię, autentyczne kostiumy, fryzury i meble. Wszystkie szczegóły trafnie układają mozaikę. Spodobało mi się to, że nie zobaczyłam ani kościoła Mariackiego, ani Sukiennic, ani akademii ASP im. Matejki, widniejące w prawie każdej produkcji, nakręconej w Krakowie. Z wymaganiami gatunku noir jest już trochę gorzej. Co prawda, zostały one spełnione, ale jednak nie do końca. Widzimy tutaj i nocny mroczny Kraków lat 50., przez większość czasu zalany deszczem, i kawiarnie jako najczęstsze miejsce akcji, i sam „suspense”, tak typowy dla filmu noir. Jednak postacie nie są kontrowersyjne, zapowiedź femme fatale (niezmiernie efektowna Karolina Warnke) nie urzeczywistnia się w fabule, a końcówka tak mocno nie odpowiada atmosferze całości, że ciężko jest odczuwać coś poza zniesmaczeniem, wychodząc z sali.
Chyra robi wszystko, żeby dodać do Ach śpij kochanie więcej dramatyzmu. Po dłuższej chwili znika aczkolwiek intryga i nie wiadomo, czemu akcja wciąż trwa i do czego ona nas prowadzi. Morderca złapany, trwa zbieranie dowodów, przełożeni Karskiego utrudniają prowadzenie śledztwa. Widz odgaduje tajemnicę bardzo szybko, przez co fabuła rujnuje się od podstaw. Na ekranie nie zobaczymy wiele szczegółów zbrodni Mazurkiewicza. Z pewnością ma to wpływ na budowanie współczucia lub nienawiści do niego: jak i do każdego pozostałego bohatera opowieści, ciężko jest odczuć cokolwiek. Na początku produkcji pojawia się wątek relacji Mazurkiewicza z sąsiadkami, który ma potencjał do przekształcenia się w osobną mroczna historię. Niestety, kobiety znikają z ekranu po chwili, zostawiając widza nienasyconym i nawet troszkę zamieszanym.
Wzruszająco i naiwnie przedstawiony został przedstawiony wątek miłosny pomiędzy milicjantem Karskim i kelnerką Anną. Cudowna gra Gruszki, jej czułość oraz delikatna uroda i dobroć w oczach sprawiają, że ta relacja jest jedynym promieniem światła w tej tragicznej narracji.
W pozostałych częściach fabuły niestety żaden z dobrze zapowiadających się wątków nie rozwinął się w pełną opowieść. Spotkania więzienne Karskiego z Mazurkiewiczem miały wszystkie predyspozycje do bycia porównanymi z relacją Hannibala Lektora i Clarice Starling z Milczenia Owiec, ale Krzysztof Lang poprzestał na grze w pokera. Zły policjant Olszowy (Bogusław Linda) mógłby być najbardziej znienawidzoną postacią tego roku, ale jest raczej kochanym Lindą, niż ohydnym Olszowym. Nawet ostatnia scena z teoretycznie mocnym tekstem na pożegnanie nie wywołuje wzruszenia.
Ach śpij kochanie zapowiadało się na arcydzieło polskiej sztuki filmowej – ze względu na doskonałą obsadę, mocne podłoże fabularne, świetne dekoracje i sztukę operatorską, nieszablonowe dialogi, – a zostało niestety tylko dobrym kinem na niedzielny wieczór.
ocena: 6/10

Jestem zapałką – od razu zapalam się pomysłami, przedsięwzięciami, ciekawością ludzi. Uwielbiam kino, dla beki pójdę nawet na “50 shades of grey”. I tylko jeden jedyny film zasługuję u mnie na 10/10: “Control” Antona Corbijna.