Tworząc w dzisiejszych czasach kino gatunkowe, jakim jest horror, wielu porzuca dbałość o walory estetyczne produkcji, a skupia całą swoją uwagę na scenariuszu, bowiem to on będzie przyciągał rzeszę maniaków grozy przed ekran. Przestała się liczyć ilość wydanych dolarów – nowe technologie pozwoliły na nakręcenie bardzo oszczędnych, aczkolwiek trzymających w napięciu obrazów. Jednak czy naprawdę wystarczy mieć tylko dobry pomysł, a na resztę można przymknąć oko? Debiutanci – bracia Vang, pokazują, że nie tak łatwo wykreować horror, który nie dość, że zainteresuje widzów, to jeszcze napędzi im choćby małego stracha.
„Aplik@cja”, bowiem pod takim tytułem wyświetlany był pierwszy pełnometrażowy film Abla i Burlee’a Vangów, należy do typu kina grozy, w którym postacie giną po kolei, do momentu kiedy żywy pozostanie tylko główny bohater. Pomysłu tego nie zaliczymy do szczególnie odkrywczych, ale nie przekreśla on z góry szans na wykreowanie napięcia oraz atmosfery niepokoju. Na początku seansu poznajemy grupę licealistów opłakujących śmierć koleżanki spowodowaną zawałem serca. Podejrzany zdaje się być fakt, iż tak młoda osoba zmarła w taki sposób, ale bohaterów dziwi bardziej otrzymanie zaproszenia do zainstalowania na telefonie aplikacji. Od tego momentu ich skrywane lęki stają się niemal rzeczywistością, a niezdolność do odróżnienia fikcji od prawdy podsyca ich obawy, prowadząc do tragicznych konsekwencji. Naprawdę – scenariusz nie zapowiada się źle, choć zapowiada produkcję skierowaną do określonej kategorii wiekowej. Zamysł aplikacji ingerującej w świat licealistów, a której nie da się odinstalować, jeśli zostałby dobrze poprowadzony i niespłycony jedynie do złowieszczych śmiechów oraz zmiany kolorów, z pewnością w ciekawy sposób mógłby pokazać niebezpieczeństwa, jakie niesie ze sobą technologia. Może bracia Vang, odpowiadający zarówno za scenariusz, jak i reżyserię, powinni nadrobić serialowe zaległości i zobaczyć, jak z tą tematyką poradził sobie twórca „Czarnego lustra” – Charlie Brooker.
Największą bolączkę „Aplik@cji” stanowi zupełny brak podsycania atmosfery, co jest niezbędne do utrzymania uwagi widza przez cały seans. Kwestii, czy produkcja amerykańskich reżyserów wzbudza strach, nie będę rozstrzygać z uwagi na dużą subiektywność na tym polu, jednak można pokusić się o stwierdzenie, iż niektóre sceny, zamiast wbijać odbiorcę w fotel i sprawiać, ażeby nerwowo drgał, wypadają absurdalnie, przez co śmiesznie oraz nieprzekonująco. Nie sądzę, aby taki był zamiar twórców – czuć w niektórych kadrach pewniejszą rękę, dzięki czemu znajdzie się kilka scen zapadających po seansie w pamięć, jednak to za mało. Używanie w filmie świateł, poprzez które obraz nabiera niebiesko-fioletowej poświaty, mimo że może efektownie wygląda, nie sprawdza się w budowaniu klimatu horroru. Podobnie jak stosowanie utartych w kinie grozy chwytów – zamiast igrać z odbiorcą i jego przyzwyczajeniami, bracia Vang wykładają niemal na tacy wszystkie słabsze aspekty swojego tworu.
Reżyserzy zdecydowali się na młodą obsadę aktorską ze stosunkowo niewielkim doświadczeniem, co było dość ryzykowne, ale z pewnością spełniało założenia budżetowe produkcji. Cóż, do odtwórców ról również można mieć sporo zastrzeżeń, zwłaszcza do żeńskiego grona – Saxon Sharbino wcielającej się w główną bohaterkę oraz Victory Van Tuyl – jej filmową koleżankę. Dziewczyny wypadają na ekranie po prostu nienaturalnie, co oczywiście nie musi być w pełni ich winą, bowiem scenariusz na pewno im nie pomagał. Trudno nawet wybrać aktora, który wyróżniałby się na tle pozostałych swoim warsztatem albo chociaż ciekawą prezencją.
Jak mawiają – pierwsze koty za płoty. Bracia Vang w produkcję następnego filmu będą musieli włożyć zdecydowanie więcej pracy, aniżeli w „Aplik@cję”, jeśli chcą poprawić swoją opinię wśród widzów. Ich debiut okrojony został z atmosfery niepokoju niezbędnej przy chęci zaklasyfikowania obrazu jako horror, a dodatkowo całość oparta została na kiepsko rozpisanym scenariuszu. Odbiorca z projekcji filmu nie wyjdzie przestraszony, a co najwyżej zniesmaczony, a szkoda, bo potencjał był.
Ocena: 2/10

Nieustraszona pogromczyni każdej pozycji filmowej bez względu na to, czy ma zmierzyć się z klasykiem kinowym, czy polską komedią romantyczną. Dzień bez obejrzanego filmu, jest dniem straconym. Jej mottem życiowym jest: good films make your life better, choć kino klasy B także ma swój urok.