O najnowszym filmie Patryka Vegi mówi się dużo, nawet bardzo dużo, biorąc po uwagę reakcję publiczności na jego poprzednie produkcje, jednak przede wszystkim mówi się źle. Na ogół zachęcam, aby nie baczyć na negatywne opinie innych i przekonać się na własnej skórze, jak odbierzemy dany obraz, ale nie w tym przypadku. Oczywiście, znajdzie się parę pozytywnych recenzji (choć dziwnego pochodzenia), więc to widz, jeśli wybierze się na projekcję, zdecyduje, czy „Botoks” przypadł mu do gustu. Radzę jednak wybrać jakąkolwiek inną propozycję repertuarową, bowiem będzie znacznie lepsza od filmu polskiego reżysera.
„Botoks” nie jest najwdzięczniejszym utworem do recenzowania z uwagi na fakt, iż oglądający chciałby jak najszybciej popuścić ten seans w niepamięć. Jak głosi złota myśl krążąca w Internecie – „co się zobaczyło, to się nie odzobaczy” i niestety w przypadku filmu Patryka Vegi spełnia się ona całkowicie. Snując refleksje na temat tej produkcji, nie sposób nie wspomnieć o poprzednich wytworach reżysera bardziej udanych – na przykład „PitBull”, oraz tych, którym bez trudu wystawiamy najniższe oceny jak „Ciacho”. Wszystkie one niejako zwiastują, co czeka widza przy seansie „Botoksu” – zobaczymy kilka ujęć z drona, z ust bohaterów padnie niewyobrażalna liczba przekleństw, postacie będą przerysowane do granic możliwości, a dialogi… cóż, powiedzmy, że nieszczególnie brzmiące. O czym opowiada najnowszy film Vegi?
W dużym skrócie: o wszystkim i o niczym. Po seansie próbowałam wyliczyć wątki, które porusza i za każdym razem, kiedy myślałam, że to mi się udało, przypominała mi się kolejna scena. Polski reżyser postanowił poruszyć między innymi kwestie: aborcji, bezpłodności, bycia proekologicznym, ciąży, feralnych leków, imigrantów, lekarzy skurwysynów, metody in vitro, operacji plastycznych, pijanych ratowników medycznych (przedstawione w kolejności alfabetycznej). Przypomnijmy, że to wciąż ta sama, jedna produkcja. Nie powiem, że nie – „Botoks” ociera się o tematy istotne, wymagające głębszej refleksji, jednak robi to w tak prymitywny sposób, iż nie idzie tego zdzierżyć. Pseudo-zabawne sceny, które, prawdopodobnie, miały na celu rozluźnić ciężką atmosferę, powodują zniesmaczenie, choć na szczęście z większością mogliśmy się oswoić na etapie oglądania miliony razy zwiastuna wyświetlanego przed innymi obrazami. Patryk Vega wyciąga wszelkie negatywne cechy i przypisuje je po kolei grupom zawodowym, zapominając, iż stosowanie tak głębokich wypaczeń prowadzi do groteski, aniżeli zwrócenia uwagi na problem.
Przeplatające się historie czterech kobiet, które borykają się z odmiennymi problemami, nie angażują widza, może poza jednym wyjątkiem. Katarzyna Warnke wcielająca się w rolę Magdy ratuje swój segment, bowiem odgrywana przez nią postać jako jedyna potrafi wzbudzić w widzu zainteresowanie. Aktorka wypada dość wiarygodnie, nieprzesadnie krzykliwie, na tle pozostałych koleżanek oraz kolegów po fachu najlepiej. Wytłumaczeniem słabych występów aktorskich może być scenariusz, który nie dawał możliwości rozwinięcia skrzydeł, a co więcej – odnieść można wrażenie, iż nie tylko podczas filmu męczy się widz, ale również odtwórcy ról.
Po seansie najnowszego utworu reżysera naszła mnie jedna smutna refleksja – że też ludzie chcą marnować dwie i pół godziny życia na tak żenujące widowisko, kiedy można bez problemu wybrać się na o niebo lepszą produkcję. Obraz Patryka Vegi nie broni się żadnym pozytywnym aspektem, a jedynie wykrzykuje absurdalne hasła, które nie mają odzwierciedlenia w rzeczywistości. Agresywna kampania promocyjna prowadzona przez dystrybutora sprawiła, iż wielu odbiorców dało się nabrać, iż „Botoks” jest jakimś głosem wydobywającym się z głębi społeczeństwa. Nie oszukujmy się, Vega próbuje nam wcisnąć tabelki z cukru pudru na chorobę, którą sam wymyślił.
Ocena: 1/10

Nieustraszona pogromczyni każdej pozycji filmowej bez względu na to, czy ma zmierzyć się z klasykiem kinowym, czy polską komedią romantyczną. Dzień bez obejrzanego filmu, jest dniem straconym. Jej mottem życiowym jest: good films make your life better, choć kino klasy B także ma swój urok.