Kino science-fiction nie wydaje się być najczęściej podejmowanym tematem w Polsce. Owszem, możemy do niego zaliczyć najnowsze animacje Tomasza Bagińskiego, jednak są to filmy krótkometrażowe, a znalezienie czegoś dłuższego (i dobrego zarazem) jest naprawdę ciężkim zadaniem – mi osobiście ze "świeższych" przykładów przychodzi do głowy jedynie dzieło z 1992 roku (a więc sprzed dwudziestu pięciu lat) Czarne słońca w reżyserii Jerzego Zalewskiego. Dlatego nie ukrywam, że udając się na seans najnowszej produkcji Bodo Koksa – Człowiek z magicznym pudełkiem, byłem pełen nadziei na, choćby, przyzwoity seans. Niestety, wychodząc z sali kinowej, poczułem się trochę rozczarowany, a patrząc po współwidzach, nie tylko ja.
Głównym problemem filmu reżysera urodzonego we Wrocławiu jest nudna oraz przewidywalna fabuła, przypominająca swoją strukturą wiele innych obrazów. Rozgrywa się ona w dystopijnej przyszłości i skupia na dwójce bohaterów – Gorii i Adamie, pracujących w tym samym budynku, jednak na znacznie odbiegających od siebie stanowiskach. Wkrótce zaczyna łączyć ich uczucie (co dostrzec można chociażby w scenie będącej odwzorowaniem finału Podziemnego kręgu Davida Finchera, szkoda jednak że jest ona całkowicie pozbawiona kontekstu oryginału i przez to wypada śmiesznie), które zostaje gwałtownie przerwane tajemniczym zniknięciem mężczyzny.
Gra aktorska również nie zachwyca – postaci Olgi Bołądź oraz Piotra Polaka nie wzbudzają większego zainteresowania, gdyż ich losy potrafimy przewidzieć już w początkowych minutach filmu, zaraz po pierwszej wspólnej scenie tej dwójki. Trochę lepiej wypada Helena Norowicz, wcielająca się w Urszulę Stefańską, starszą sąsiadkę Adama. Można żałować tylko, że rola ta jest tak marginalna i dość rzadko pojawia się na ekranie. Ciekawie, na płaszczyźnie scenariuszowej, mogłaby wypaść postać Bernarda, odgrywana przez Sebastiana Stankiewicza, ale została ona całkowicie zaprzepaszczona w momencie kulminacyjnym dla tego bohatera i właściwie zapamiętuje się ją jedynie z powtarzania pewnej kwestii (jeśli kogoś ciekawi o czym mowa, musi sam udać się na seans i odkryć owe słowa). Dziwi również trochę fakt braku rozbudowania postaci Arkadiusza Jakubika, która, mimo znacznego wpływu na całość fabuły, pojawia się w ledwie kilku scenach, a co, szczególnie dla fanów talentu aktora, jest niewątpliwą szkodą. Znacznie większą konsternacje wywołuje pojawienie się Agaty Buzek – aktorka znana między innymi z Niewinnych występuje na ekranie dosłownie przez kilkadziesiąt sekund i wygłasza przy tym jedynie kilka słów.
Znacznie lepiej wygląda kreacja świata przedstawionego w filmie. Wątki związane z Warszawą z roku 2030, ciągłym zagrożeniem atakiem i wojną śledzi się dużo przyjemniej niż główne love story, więc tym bardziej można żałować, iż stanowią one jedynie tło opowieści, nie wysuwając się przy tym ani przez chwilę na pierwszy plan. Gdyby zamienić obie te warstwy miejscami dzięki czemu uwaga widza częściej skupiałaby się na owym świecie, sam seans mógłby na tym skorzystać oraz stać się znacznie ciekawszym. Niestety, przez cały czas oglądający śledzi wątek romantyczny "urozmaicony" wtrąceniami z innych filmów czy gatunków – wspomniana scena z Podziemnego kręgu czy też zmiana ubioru Adama na charakterystyczny dla kina noir, co zdecydowanie nie poprawia jakości całości.
Człowiek z magicznym pudełkiem to z pewnością nie film tragiczny lub bardzo zły, on jest po prostu nijaki. Ze względu na swą przewidywalną historię nie potrafi nią zaangażować widza, nie potrafi również oczarować go doskonałą grą aktorską. Świat przyszłości w nim wykreowany umie, przynajmniej momentami, wciągnąć i zaciekawić odbiorcę, niestety są to głównie pojedyncze sytuacje, bardzo szybko przerywane fabularną monotonią. Warto jednak docenić próbę Koksa i życzyć reżyserowi, aby jego kolejne podejście do sci-fi zaowocowało czymś znacznie lepszym.
ocena: 4,5/10

Student filmoznawstwa, wielki pasjonat filmów i dobrej muzyki. W wolnych chwilach zawsze coś ogląda, by mieć co zrecenzować. W związku z tym najłatwiej go spotkać w kinie.