Stephen Strange, znany bardziej jako Doktor Strange, jest kolejną postacią komisową z uniwersum Marvela stworzoną przez Stana Lee i Steve’a Ditko, której losy postanowiono przenieść na wielki ekran. W prawdzie w 2007 roku powstała animacja skupiająca oś fabularną na historii neurochirurga, jednak nie trafiła ona do szerszego grona. Nie można tego powiedzieć natomiast o produkcji Scotta Derricksona wzbudzającej zainteresowanie wśród widzów już samą obsadą aktorską. Trzeba przywyknąć do tego, że dopóki filmy Marvel Studios będą przynosiły zyski, dopóty uniwersum będzie stale poszerzane. Kwestia, czy przysporzy to więcej odbiorców , czy też doprowadzi do przesytu, na chwilę obecną jest niemożliwa do ustalenia.
Ale powróćmy do rozważań na temat „Doctora Strange”. Fabuła, jak przystało na film o superbohaterach, nie jest szczególnie wymagająca, choć na tle innych obrazów tego gatunku wyróżnia się nietypowym podejściem do akcji. Chirurg Stephen Strange – głównie znany ze swoich niebywałych umiejętności oraz arogancji, ulega wypadkowi samochodowemu, który przekreśla jego marzenia o dalszej karierze lekarskiej. Podczas poszukiwania metod na powrót do pełni sił dociera do Nepalu, gdzie spotyka czarownika Karla Mordo, który zapoznaje go ze Starożytną. Doktor rozpoczyna szkolenie na czarnoksiężnika, nie spodziewając się, że niebawem przyjdzie mu ratować świat. No tak – gdyby Amerykanie nie ratowali całego globu, film z pewnością byłby nudniejszy. Pozostawiając jednak żarty na boku, należy przyznać, iż historia opowiadana w „Doctor Strange” bywa intrygująca, pojawiają się również całkiem pomysłowe zwroty akcji. Trochę więcej oporów można mieć co do akceptacji charakteru głównego bohatera – poznajemy Stephena Strange’a jako irytującego egoistę, który stopniowo zmienia swoje oblicze, ale pozostaje przy tym bardzo stereotypowy. Zdecydowanie tytułowa postać została zarysowana lepszą kreską niż przykładowo Iron Man, lecz nadal kryzys tożsamości przeżywany przez lekarza zdaje się być naiwny.
Niewątpliwym atutem produkcji Scotta Derricksona jest obsada aktorska, na której czele stoi Benedict Cumberbatch wcielający się w tytułowego bohatera. Brytyjski odtwórca ról przyzwyczaił widzów do sarkastycznego wizerunku choćby w serialu stacji BBC „Sherlock”. Odgrywając Stephena Strange’a aktor czuł się zatem wyśmienicie, mogąc w pełni wykorzystać swoją charyzmę oraz manierę. Ciekawie w roli Starożytnej wypada Tilda Swinton, przełamując stereotyp mężczyzny mentora, potrafi przyciągnąć wzrok odbiorcy. Osobiście trochę rozczarowana czuję się lekceważącym potraktowaniem przez scenarzystów czarnego charakteru, którego odgrywa Mads Mikkelsen. Kaecilius zdaje się być bezpłciowy, zupełnie niewybijający się na tle pozostałych postaci, ginie gdzieś w cieniu staranniej wykreowanych postaci.
Kolejny film superbohaterski z uniwersum Marvela wyróżnia się niewątpliwie efektami specjalnymi, które, należy to przyznać, zostały dobrane z rozwagą: tak, aby pozytywnie zaskoczyć widza, ale jednocześnie go nie przytłoczyć. Wizualnie „Doctor Strange” stanowi mały popis grafików komputerowych, co ułatwia przebrnięcie przez niewymagającą fabułę. Obraz Scotta Derricksona podąża za coraz wyraźniejszym trendem produkcji, które zawierają dawkę sarkazmu, ironii oraz humoru – a elementy te z pewnością pasują do Benedicta Cumberbatcha, więc całość wypada niezwykle przekonująco. Dla fanów ekranizacji komiksów nadmienię jedynie, iż pod żadnym pozorem nie warto sięgać po ten film z polskim dubbingiem, bowiem zabija on ducha postaci oraz ogrom pracy włożony przez aktorów. „Doctor Strange” to przykład solidnego kina, odbiegającego od typowej superbohaterskiej produkcji, dzięki czemu stanowi delikatny powiew świeżości, jednak posiadający kilka mankamentów, które obniżają jego końcową ocenę.
ocena: 6/10

Nieustraszona pogromczyni każdej pozycji filmowej bez względu na to, czy ma zmierzyć się z klasykiem kinowym, czy polską komedią romantyczną. Dzień bez obejrzanego filmu, jest dniem straconym. Jej mottem życiowym jest: good films make your life better, choć kino klasy B także ma swój urok.