Są filmy, na których premiery czekamy z większym zniecierpliwieniem, zwłaszcza gdy pojawiają się zagraniczne oceny o danej produkcji. Śledząc doniesienia prasowe, nabieramy coraz to większej ochoty, aby ujrzeć ten obraz na wielkim ekranie, najlepiej w grupie znajomych, by móc po seansie przedyskutować wady i zalety dzieła. Nie mam na myśli jednak utworu Denisa Willeneuve’a – „Blade Runner 2049”, choć niewątpliwie wypełnia on powyższy opis, lecz animację Tony’ego Leondisa. „Emotki. Film” zbiera na tyle słabe recenzje, iż nie sposób było nie wybrać się na tą projekcję.
Słowa uznania należą się z pewnością scenarzyście – Eric Siegel obdarzony został nie lada wyobraźnią, czyniąc z emotek głównych bohaterów produkcji. Jednocześnie ogromna szkoda, iż jedynie to uznać można za przejaw artystycznej twórczości Amerykanina, bowiem widzowie, którzy mają za sobą projekcję animacji studia Disney „W głowie się nie mieści”, momentalnie zauważą znaczące podobieństwa zarówno wizualne, jak i fabularne. Osią historii „Emotki” uczyniono dążenia Gene – czyli minki mającej wyrażać uczucie „meh”, do przystosowania się do reguł panujących w Tekstopolis. Gdy poznajemy głównego bohatera, potrafi on wyrazić znacznie więcej emocji niż tę jedną, do której został przypisany, co skutkuje nieporozumieniem i chęcią zresetowania telefonu poprzez jego właściciela. Z pomocą przyjaciół – Hi-5 (tak, chodzi o emotkę przybijania piątki) oraz hakerki Jailbreak, rusza w przygodę po smartfonowych aplikacjach, aby stać się pełnoprawną buźką „meh”.
Największego mankamentu „Emotek” nie stanowi brak poczucia humoru, ale przede wszystkim mało angażująca fabuła. W produkcji Tony’ego Leondisa nie ma ani jednego zwrotu akcji, a prowadzona historia jest wyjątkowo przewidywalna, przez co zainteresowanie widza ogranicza się do początkowej sceny – później już tylko maleje. Brakuje wyraźniejszego osadzenia losów bohaterów w telefonowej rzeczywistości, choć parę komentarzy na temat używania przez nas aplikacji uznać należy za nad wyraz trafne. Animacja ani nie niesie ze sobą jakiegoś przesłania (którego można było się doszukać nawet w atypowym „Sausage Party”), ani nie wytyka nam, jako ciągłym użytkownikom smartfonów, jakichś uwag dotyczących naszego zachowania. „Emotki” stanowią po prostu niewiążącą historię, która następnego wieczoru popadnie w niepamięć i żadna to dla kogokolwiek strata.
Sama kreska animacji zdaje się być typowa, twórcy nie szukali na siłę udziwnień polegających na efektach 3D. Obraz uzupełnia dobrze znana widzowi muzyka, bowiem wykorzystano dość popularne kawałki muzyczne, które łatwo wpadają w ucho. Niestety ominęła mnie niewątpliwa przyjemność oglądania produkcji z dubbingiem w wykonaniu polskich youtuberów, co mogło się okazać niezapomnianym przeżyciem. Co ciekawe, „Emotki”, jak na film o dość lekkiej tematyce, jest zadziwiająco mało zabawny, a więcej mówiąc – odnieść można wrażenie, iż scenarzyści nawet nie próbowali dodawać humorystycznych wstawek.
Wbrew bohaterom animacji Tony’ego Leondisa, produkcja ta wzbudza w odbiorcy zdecydowanie za mało emocji. Bezpłciowa historia bez krzty dobrego żartu zmęczy zarówno widza, który oczekiwał hitu na miarę „W głowie się nie mieści”, jak i fana czarnego humoru „Sausage Party”. Kto wie, może film amerykańskiego reżysera miał nas tylko zachęcić do używania większej liczby emotek w komunikatorach? Jeśli tak, to niestety nie tędy droga – nadal nie czuję się nakłoniona, aby w jakiejkolwiek sytuacji wysłać komuś ikonkę kupy. Choć, (nie)stety, akurat w „Emotki. Film” emotikona ta nie ma znacznego wpływu na treść fabuły.
Ocena: 2/10

Nieustraszona pogromczyni każdej pozycji filmowej bez względu na to, czy ma zmierzyć się z klasykiem kinowym, czy polską komedią romantyczną. Dzień bez obejrzanego filmu, jest dniem straconym. Jej mottem życiowym jest: good films make your life better, choć kino klasy B także ma swój urok.