Osobiście, od czasu do czasu, lubię sięgnąć po produkcję nominowaną do polskiej antynagrody filmowej, aby później docenić naprawdę dobre kino. Z dzieł nominowanych w tym roku do Węży do nadrobienia zostały mi jeszcze dwa obrazy, postanowiłam więc sięgnąć po „Gejszę” w reżyserii Radosława Markiewicza. Średnia jakość filmu jest dość ciekawa, bowiem polski twórca doceniany był kilkakrotnie poprzez nominacje do Złotego Lwa wręczanego na festiwalu w Gdyni, a co więcej jego film „Raj za daleko” wygrał konkurs „Nowe Filmy Polskie” na Nowych Horyzontach. Tym razem jednak coś poszło nie tak – co dokładnie ocenić można po seansie.
Tytułowa gejsza to nazwa nocnego klubu, w którym, jak się okazuje po pierwszych scenach, główny bohater pracował jako ochroniarz. Kolos, bo taką ksywą mianuje się mężczyzna, właśnie wyszedł z więzienia i pierwsze swoje kroki kieruje właśnie w stronę lokalu zarządzanego przez Igora (szczęśliwie dla tej postaci nie wymyślono żadnego pseudonimu). Protagonistę zauważa z czasem szef lokalnej mafii – Hajs (gorąca prośba do scenarzystów, aby nie wymyślali przydomków, jeśli nie czują w tym momencie weny twórczej), z którym rozpoczyna wspólne interesy. Nie zabrakło również wątku miłosnego, a nawet dwóch, a także delikatnie zarysowanych relacji rodzinnych. Ogólnie odnieść można wrażenie, iż reżyser chciał opowiedzieć historię gangstera porzucającego dotychczasową profesję. Przemiana głównego bohatera jest jednak na tyle niewyraźna, że trudno w nią uwierzyć, pomijając fakt, iż pojęcie sensu fabuły w „Gejszy” stanowi nie lada wyzwanie.
W ramach złego scenariusza produkcji Radosława Markiewicza naturalnie paskudnie wypadają kwestie dialogowe, które nie potrafią utrzymać klimatu gangsterskiego filmu. Naprawdę smutno słucha się Mariana Dziędziela wcielającego się w postać szefa mafii mającego być bezwzględnym , a, szczerze mówiąc, całość wypada co najmniej groteskowo. Swoją drogą dlaczego scenarzyści go oślepili? Dokładając do tego pseudoartystyczne kadry podczas rozmów telefonicznych z Kolosem, nikogo nie powinna dziwić nominacja do Węży. Jeśli chodzi o Konrada Eleryka odgrywającego główną rolę, to również trudno go pozytywnie ocenić. Już dawno nie widziałam na ekranie tak nijakiej postaci – Kolos nie budzi w odbiorcy żadnych emocji, nie licząc znużenia. Ani nie kibicujemy gangsterowi, ani nie życzymy mu źle – w takiej sytuacji nie da się utrzymać uwagi widza, tym bardziej, że często poczynania bohatera są często pozbawione sensu. Na specjalne wyróżnienie zasłużyła niewątpliwie Marta Żmuda Trzebiatowska, bowiem w roli Velvet prezentuje się koszmarnie – to kolejna postać, która w żaden sposób nas nie angażuje i, kto wie, może gdyby zrezygnowano z niej film mógłby być lepszy.
Pozostaje mieć nadzieję, iż „Gejsza” to był wypadek przy pracy Radosława Markiewicza. Trudno znaleźć pozytywny aspekt produkcji prócz tego, że trwa stosunkowo krótko. Scenariusz jest zupełnie nietrafiony, obsada aktorska niewyraźna, zdjęcia robione na siłę artystycznym okiem, muzyka jednostajna oraz mało oddająca atmosferę filmu (której w sumie i tak nie udało się stworzyć). Widać w obrazie polskiego reżysera inspiracje zagranicznymi utworami, jednak nie tędy druga – kalkowanie ich nie przynosi żadnych korzyści, a jedynie skazuje film na jak najszybsze zapomnienie.
Ocena: 1/10

Nieustraszona pogromczyni każdej pozycji filmowej bez względu na to, czy ma zmierzyć się z klasykiem kinowym, czy polską komedią romantyczną. Dzień bez obejrzanego filmu, jest dniem straconym. Jej mottem życiowym jest: good films make your life better, choć kino klasy B także ma swój urok.