Kręcenie filmów biograficznych o niedawnej przeszłości jest dość ryzykowne. Zawsze się znajdzie krewny lub kochanka, który kamienia na kamieniu nie zostawi na filmie ze względu na niedokładności w faktach. Mozolna, skrupulatna i czasochłonna praca scenarzystów zostaje zmiażdżona poprzez jeden wywiad w znaczącym medium. Nie twierdzę, że każda fabuła w produkcji biograficznej zgadza się z faktami i była stworzona sumiennie, ale Narcos może się tym pochwalić. Jego twórcy przestudiowali wszystkie możliwe materiały związane z imperium narkotykowym Pablo Escobara, włącznie z jego osobistym archiwum wideokronik z lat 80.. Rozmawiali z wszystkimi, którzy byli w jakiś sposób związani z baronem narkotykowym – od jego ocalałych asystentów i prawników po agentów FBI, co go złapali oraz byłego prezydenta Kolumbii Césarego Gavirii – Escobar próbował wysadzić go w powietrze. Mimo krytyki ze strony syna narkobarona Sebastiána Marroquína, Narcos odniósł wspaniały sukces: jest 7. w rankingu seriali na portalu Filmweb i 46. na IMDb. Dostał również dwie nominacje do Złotych Globów: w kategorii najlepszy serial dramatyczny oraz najlepszy aktor w serialu dramatycznym (Wagner Morua). We wrześniu ukazał się trzeci sezon i można z pewnością stwierdzić, że dorównuje poprzednim dwóm, które podniosły poprzeczkę niesamowicie wysoko.
Pierwsze dwa sezony opowiadają o polowaniu DEA (Drug Enforcement Administration), a także policji oraz armii kolumbijskiej na Pablo Escobara. Historia ukazuje początki jego kariery w przemycie narkotykowym, płonący sukces, prezydenckie aspiracje i krwawą walkę z władzami Kolumbii. Narracja prowadzona jest przez amerykańskiego agenta DEA Steva Murphiego, który przyjeżdża z żoną i kotem do Kolumbii w świętej wierze, że uda się mu złapać Pablo, zahamować gigantyczną machinę handlu narkotykami i tym samym uratować świat. Jego kolegą zostaje Javier Peña, wielbiciel pięknych informatorek oraz podejrzanych kontaktów. Konfrontacja dotyczy absolutnie każdego obywatela Kolumbii: od licealistów do polityków na każdym szczeblu władzy. Produkcja jest zdumiewająco realistyczna. Scenarzyści mieli nadmiar materiału, więc kilka ciekawych szczegółów pominięto. Tak, na przykład, od scenarzystów nie dowiemy się, że Pablo Escobar na początku swojej kariery odsprzedawał nagrobki, ścierając napisy na już użytych.
Jak już wspomniałam wcześniej, we wrześniu na stronie Netflixa zawitał trzeci sezon Narcos. Miał on agresywną reklamę w zasadzie wszędzie: obstawiam, że wyświetlał wam się zwiastun pomiędzy wpisami o kotkach i Robercie Lewandowskim na Facebooku. Fabuła opowiada o kartelu z Cali, który przejął od konkurencji z Medelin światowe przywództwo w przemycie narkotyków. To był biznes rodzinny: bracia Gilberto i Miguel Rodríguez w latach 90. kontrolowali 80% kolumbijskiego eksportu kokainy do Stanów Zjednoczonych. W pewnym momencie jeden z nich podjął decyzję o kapitulacji, żeby uratować rodzinę przed więzieniem i spędzić resztę życia w spokoju. Układ z władzami został zawarty, przygotowania trwały, kartel z Cali dał sobie na to pół roku. Jednak uciec od biznesu miał w planach tylko jeden z braci…
W trzecim sezonie głównym bohaterem zostaje znany z wcześniejszych części agent DEA Javier Peña. Reguły gry mocno się zmieniają, ponieważ w przeciwieństwie do Escobara, bracia Rodríguez działają w ukryciu i starają się zostawiać jak najmniej ofiar (przynajmniej do tego dąży Gilberto). Reszta pozostaje taka sama: wszystkie aspekty, za które polubiliśmy pierwsze sezony, są wciąż aktualne. Dużo, bardzo dużo języka hiszpańskiego dodaje autentyczności i klimatu, tak jak latynoski akcent Javiera Peñi (aktor Pedro Pascal pochodzi z Chile, ale mieszka w Stanach). Spróbujcie obejrzeć ten serial, nie nauczywszy się przekleństw typu „Coma mierda!”! Fascynuje on swoją autentycznością: luksusowe apartamenty i gabinety ministrów przeplatają się z prawdziwymi slumsami (ciężko wątpić w to, że slumsy są prawdziwie: location-manager projektu został zastrzelony w Meksyku, gdzie szukał nowych lokalizacji dla 4 sezonu). Mimo tego, że losy karteli Medellin i Cali większość ludzi kojarzy (lub ewentualnie mają do niej dostęp na Wikipedii), spojlery absolutnie nie zniekształcają odbioru produkcji. Akcja odbywa się niezmiernie dynamicznie i nieobliczalnie: mimo powszechnie znanej historii, fabuła jest w zdumiewający sposób pełna intryg i nieprzewidywalnych zakrętów. Narcos przez cały czas trzyma w napięciu, i to jakim! Oczom widza ukazują się pejzaże kolumbijskich dzielnic, komisariaty, dżungle i gabinety ministrów. Urzekają również pozaekranowe komentarze Peñi, który swoimi wyjaśnieniami, sugestiami czy po prostu komentarzami tylko dolewa oliwy do ognia olej do ognia intrygi i ciekawości. Dodatkowa perełka to częste wstawki z kronik filmowych, robiące z Narcos dokumentalno-fabularną mieszankę.
Nowy sezon serialu o kolumbijskim kartelu z Cali jest dokładnie taki, jakim go się spodziewałam zobaczyć. Kolumbijsko-Netflixowy z krwi i kości, zaskakujący, denerwujący i sprawiający, że ogląda się go z wstrzymanym oddechem.
ocena: 10/10

Jestem zapałką – od razu zapalam się pomysłami, przedsięwzięciami, ciekawością ludzi. Uwielbiam kino, dla beki pójdę nawet na “50 shades of grey”. I tylko jeden jedyny film zasługuję u mnie na 10/10: “Control” Antona Corbijna.