Raczej nie będzie przesadnym stwierdzenie, że kontynuacja kultowego „Łowcy androidów” w reżyserii Ridley’a Scotta była oczekiwana z tak samo ogromnym zniecierpliwieniem, co i obawą, iż wyjdzie z tego wielkie fiasko. Zagraniczne pozytywne recenzje podsycały oczekiwanie seansu, który zaczął jawić się najbardziej wypatrywaną premierą tego roku. Denis Villeneuve – twórca całkiem już doświadczony, z kilkoma głośnymi produkcjami, jak choćby „Nowy początek” czy „Sicario”, podjął się niełatwego zadania zmierzenia się z presją tworzoną przez fanów legendarnego klimatu filmu z 1982 roku. Ale czy można dorównać pierwszej części?
Akcja „Blade Runner 2049” rozgrywa się trzydzieści lat po wydarzeniach z dzieła Ridley’a Scotta. Jest rok 2049 – w Los Angeles, mieście pochłoniętym rozwojem technologicznych pojawia się nowy Blade Runner, łowca androidów. Oficer K, wykonując rutynowe zadanie, natrafia na tajemniczą informację sprzed lat mogącą zachwiać dotychczasowym porządkiem cywilizacji. Rozpoczyna to niebezpieczną rywalizację o rozwiązanie tajemnicy oraz konieczność zmierzenia się z przeszłością. Aby osiągnąć sukces, główny bohater będzie musiał odnaleźć Ricka Deckarda – byłego łowcę, o którym słuch zaginął wiele lat temu.
Kto choćby raz widział „Łowcę androidów” z pewnością pamięta nietypową aurę obrazu stworzoną przez Ridley’a Scotta. Niski klucz oświetleniowy, ciemne pomieszczenia, wiecznie buzujące od jarzeniówek kadry oraz niekończący się deszcz. Poczucie zagubienia człowieczeństwa zmieszane z krwią oraz brudem towarzyszyły Harrisonowi Fordowi niemal przez cały seans. Niewątpliwie ślepe odtworzenie tego samego klimatu w „Blade Runner 2049” byłoby rozwiązaniem połowicznym, a co więcej, głęboko rozczarowującym. Denis Villeneuve sięgnął więc po nowe środki, zachowując przy tym wizję świata wykreowaną w latach 80. Amerykańska produkcja wpisuje się w nurt slow cinema, zmuszając widza do spędzenia przed ekranem blisko trzech godzin. Nie stanowi to oczywiście żadnego mankamentu, ale reżyser dołożył sobie kolejnych wyzwań, aby utrzymać zainteresowanie odbiorcy przez tak długi czas. Dominują szerokie, przeciągnięte kadry ukazujące pustkę nowoczesnego świata, który zbliża się prawie że do wizji apokaliptycznej. Zdecydowano zastosować dobrze sprawdzone półcienie, otwarte lokacje przytłaczające bohaterów oraz migające neony, które w większości stanowiły lokowanie produktów. Nie obyło się także bez deszczu, ale ciężko byłoby spodziewać się innej pogody panującej w Los Angeles. Tym, czym wyróżnia się „Blade Runner 2049” na tle poprzedniej produkcji, jest kolorystyka kadrów – dominuje żółć zmieszana z pomarańczą i czerwienią, przywodzący na myśl kolory pustyni, piasku. Nawet gdy na ekranie pojawia się biel w przeważających ilościach, będzie ona przybrudzona, skażona domieszką szarości. Powietrze w obrazie Denisa Villeneuve’a jest dostrzegalnie gęste, co pozwala podsycić kolorystykę otoczenia oraz jednocześnie wskazuje na niedoskonałość świata bohaterów. Zdecydowana większość ujęć, za które odpowiedzialny był Roger Deakins, imituje ruch – widz ma wrażenie nieustannej płynności przedstawianych przestrzeni, co potęguje poczucie niepewności. W scenach o bardziej statycznym obrazie atmosferę podsyca muzyka skomponowana przez Hansa Zimmera i Benjamina Wallfischa. Ścieżka dźwiękowa pulsuje, głębokie basy wbijają odbiorcę w fotel kinowy, a zapadająca momentami cisza nie pozwala zapomnieć o zbliżającym się niebezpieczeństwie.
Ryan Gosling jako aktor znany głównie z filmów zabarwionych wątkami romantycznymi musiał przekonać do siebie wielbicieli „Łowcy androidów”, iż jest w stanie wcielić się w oficera policji. Osobiście nie czuję się zupełnie przekonana do tego wyboru, a wplecenie w fabułę postaci Joi (w roli tej całkiem zgrabnie wypadająca Ana de Armas) będącej wirtualną kochanką bohatera z pewnością nie przechyliło szali na korzyść hollywoodzkiego amanta. Jakkolwiek byśmy za Goslingiem nie przypadali, nie można stwierdzić, że w „Blade Runner 2049” nie poradził sobie z kreacją swojej postaci – stosunkowo oszczędna gra mimiką oraz wyczuwalna pewność siebie sprawia, iż widz akceptuje aktora, a może nawet doszukuje się w nim podobieństw do sylwetki Ricka Deckarda z „Łowcy androidów”. A jeśli już o roli byłego łowcy mowa – wymienianie nazwiska Harrisona Forda na drugim miejscu w napisach końcowych, mimo ogromnego szacunku do niego jako do artysty, jest delikatną przesadą. Postać podgrywana przez Amerykanina pojawia się na ekranie dopiero w drugiej połowie filmu i, pomimo sentymentu z uwagi na pierwowzór, weteran wypada poprawnie, jednak nieszczególnie w sposób wyróżniający na tle pozostałej obsady aktorskiej.
„Blade Runner 2049” olśniewa niekończącymi się ujęciami oraz niepokojąco brzmiącą muzyką, jednak pod względem fabularnym można odczuwać pewien niedosyt. Denis Villeneuve rysuje obraz nie robotów, a ludzi, ale brakuje w jego dziele mocnego wydźwięku, który posiadał film Ridley’a Scotta. Stopień dopracowania świata przedstawionego, wizualność prezentowanych ujęć jest godna pozazdroszczenia, jednak gdy opada już ten kurz panujący w każdym kadrze produkcji, okazuje się, że nie ma ani jednej sekwencji dialogowej godnej zacytowania. Reżyser zdecydował się położyć nacisk na obraz, a w swojej pracy zapomniał najwyraźniej, że wszystkie te chwile zagubią się z czasem tak jak łzy na deszczu.
Ocena: 7,5/10

Nieustraszona pogromczyni każdej pozycji filmowej bez względu na to, czy ma zmierzyć się z klasykiem kinowym, czy polską komedią romantyczną. Dzień bez obejrzanego filmu, jest dniem straconym. Jej mottem życiowym jest: good films make your life better, choć kino klasy B także ma swój urok.