Michael Haneke bez wątpienia jest jednym z najbardziej utytułowanych i docenianych reżyserów austriackich. Świadczy o tym dość liczne grono nominacji i nagród, które zdobył na wielu festiwalach, wystarczy wspomnieć tutaj o Złotej Palmie dla Miłości czy Białej wstążki. Mimo że jego najnowszy obraz – Happy end, zbiera zdecydowanie gorsze recenzje od pozostałych, wciąż jest solidnym kinem i pokazuje, że Haneke dalej potrafi zaciekawić odbiorcę swoją wizją.
Na płaszczyźnie tematycznej produkcja dotyczy rodziny, co przypomnieć może niektórym Ostatnią rodzinę Jana P. Matuszyńskiego. I choć wydaje się to trochę porównanie na wyrost, oba dzieła posiadają wspólne cechy – starają się w pewien sposób zanalizować podstawową komórkę społeczną, szczególnie w przypadku gdy jest ona wystawiona na skrajne emocję. I tak, w dziele Austriaka będziemy mieć do czynienia z depresją, próbami samobójczymi, zdradami lub zwyczajnym niezrozumieniem. Oczywiście reżyser nie skupia się jedynie na tej tematyce, gdyż próbuje on również przedstawić problemy, dotyczące współczesnej Francji, takie jak choćby rzesze imigrantów pragnących dostać się do Anglii (akcja filmu rozgrywa się w Calais) czy też brak uczciwości na linii firma – pracownicy, co często może doprowadzać do tragicznych wydarzeń. Całość okraszona jest odrobiną ironii, o czym świadczy sam tytuł.
Niewątpliwie do jednej z mocniejszych stron produkcji należy doskonała obsada aktorska. Duet Isabelle Huppert i Jean-Louis Trintignant mogliśmy już zobaczyć we wspomnianej wcześniej Miłości i widać, że służy im współpraca pod okiem Hanekego. Grana przez Trintignanta postać seniora rodu z pewnością należy do najbardziej tragicznych w filmie, a dzięki przekonującej kreacji Francuza zrozumienie motywów nią kierujących przychodzi widzom zaskakująco łatwo. Huppert zaś bardzo dobrze wczuwa się w córkę, która powoli musi zastępować swego ojca w roli głowy familii. Słowa uznania należą się również Fantine Harduin, wcielającej się w Eve, swoistą katalizatorkę wszystkich wydarzeń ekranowych. Mimo dwunastu lat nie ustępuje ona starszym stażem artystom i świetnie wpasowuje się w film.
Haneke nie boi się eksperymentować z najróżniejszymi ustawieniami obrazu, czego doświadczamy parę razy podczas seansu. Już na samym początku mamy przyjemność śledzić sceny nagrane przy pomocy telefonu i opatrzone pisemnym komentarzem, tak jakby były transmisją na żywo w jednej z sieci społecznościowych. Chwilę później obserwujemy wydarzenia z perspektywy kamery przemysłowej, co przypomina bardziej reportaż czy dokument niż film fabularny. W Happy end znajdziemy także ujęcia, w których akcję śledzimy z dużego dystansu, zupełnie tak jakbyśmy przyglądali się czemuś, co nas tak naprawdę nie dotyczy i czego nawet wyraźnie nie widzimy, jednak ciekawość nie pozwalała nam oderwać wzroku i zmuszała do ciągłego przypatrywania się.
Jako ciekawostkę warto dodać, że Happy end został wybrany na austriackiego kandydata do Oscara. I należy przy tym pamiętać, że film jest koprodukcją austriacko-niemiecko-francuską, jego reżyser urodził się w Monachium (choć uznaje się go powszechnie za Austriaka), większość zdjęć powstawała w kraju nad Sekwaną, skąd zresztą pochodziła większość obsady, która na planie zdjęciowym używała głównie rodzimego języka. Przy takiej kumulacji to nawet produkowany przez wiele państw Pokot wydaje się być bardziej polski niż pierwotnie.
Happy end to zapewne jeden z ciekawszych filmów, a na jego premierę warto czekać z pewną dozą niecierpliwości. Nie przypadnie on do gustu wszystkim, głównie ze względu na powolną narrację, ale stanowi pewnego rodzaju perełkę na tle wielu produkcji. Haneke dokonał w nim ciekawej analizy rodziny i tego, jaki wpływ mają na nią przeróżne wydarzenia uderzające z zaskoczenia. Zrobił to w naprawdę przekonujący sposób, czego efekty ogląda się i analizuje z dużą przyjemnością.
ocena: 8/10

Student filmoznawstwa, wielki pasjonat filmów i dobrej muzyki. W wolnych chwilach zawsze coś ogląda, by mieć co zrecenzować. W związku z tym najłatwiej go spotkać w kinie.