Debiut filmowy nigdy nie jest łatwą sprawą dla reżysera, wszak często wpływa on na dalszą jego karierę i nierzadko następne obrazy porównuje się do tego pierwszego. Dlatego też, każdy twórca z pewnością chce wypaść jak najlepiej w swym pierwszym dziele, co przynosi różne skutki. Na szczęście dla Xaviera Legranda jego pierwsza pełnometrażowa produkcja – Jeszcze nie koniec, została ciepło przyjęta przez krytyków i publiczność, o czym świadczą nagrody uzyskane na festiwalu w San Sebastian (publiczności i specjalna) oraz ta zdobyta na polskim Tofifeście – Złoty Anioł. Czy wszystkie trofea i zachwyty nad filmem Francuza są zasłużone? Zapraszam do lektury.
Jeszcze nie koniec opowiada dość prostą historię – dwójka małżonków, Antoine i Miriam, rozwodzi się. Oboje zaciekle walczą o opiekę nad dziećmi, Julienem oraz Joséphine. Zarówno matka jak i dzieci, cały czas zaznaczają, że ojciec bywa w stosunku do nich agresywny, jednak mimo tego sędzia podejmuje decyzję, która odbije się na losach całej czwórki. Można jedynie żałować, iż historia przedstawiona przez Legranda jest taka czarno-biała, bo ani przez moment nie możemy sympatyzować z postacią Antoine, a wszelkie próby wczucia się w nią zostają naprawdę szybko porzucone.
Przejdźmy do aspektów, które zdecydowanie są plusem francuskiej produkcji. Z pewnością należy do nich świetna gra aktorska, głównie Denisa Ménocheta (w roli Antoine) i Thomasa Glorii (jako Julien). Odtwórca roli Antoine (znany głównie z krótkiego występu w Bękartach wojny Quentina Tarantino) stworzył kreację, irytującą i przerażająca odbiorcę zarazem. Wystarczy już sam jego wzrok, żeby zmrozić oglądającemu krew w żyłach. Trochę inaczej wygląda sprawa z młodym aktorem, postać przez niego grana budzi bardziej współczucie. Jednak bez wątpienia obaj najlepiej wypadają w scenach, gdy grają ze sobą. Widać wtedy, że ta dwójka naprawdę dobrze się rozumiała na planie zdjęciowym.
Warto oddać Legrandowi, że w swym dziele umiejętnie podsyca emocje i prowadzi widza. Początkowo nic nie zdradza wyjątkowo mocnego finału, a produkcja zapowiada się raczej na dramat sądowy niż dreszczowiec. Przyczynia się do tego również praca kamery, statycznej przez większość filmu, oraz muzyka, stopniująca napięcie i podkreślająca co ważniejsze momenty.
Niestety, jednak nie wszystko jest tak świetnie poprowadzone w tej produkcji. Można zarzucić jej, jak już wspomniałem, brak pogłębienia postaci ojca i przedstawienie go jedynie jako oprawcy. Owszem, wynagradza to w pewien sposób końcówka (której by nie było, gdyby Antoine został inaczej stworzony), ale i tak pozostawia to swego rodzaju niedosyt. Również sporym minusem jest porzucenie jednego z wątków dotyczących córki, co wygląda trochę tak, jakby został zapomniany.
Debiut francuskiego reżysera z pewnością zasługuje na uwagę, którą obecnie otrzymuje. Dzięki dobrym ujęciom, pracy kamery i właściwie budowanym napięciu, nie sposób się nudzić podczas seansu trwającego ponad dziewięćdziesiąt minuty. Ma on swoje słabsze strony, jednak dalej jest to naprawdę solidne kino, i zdecydowanie warto je nadrobić tak szybko, jak tylko produkcja pojawi się w polskich kinach.
ocena: 7,5/10

Student filmoznawstwa, wielki pasjonat filmów i dobrej muzyki. W wolnych chwilach zawsze coś ogląda, by mieć co zrecenzować. W związku z tym najłatwiej go spotkać w kinie.