Seans tak zwanych „mind game movies” nigdy nie należy do najłatwiejszych. Achronologiczna, często surrealistyczna fabuła, uczucie oszołomienia czy zadziwienia, przekonanie o bezsensowności oglądanych scen – to tylko kilka z czynników zazwyczaj towarzyszących spotkaniu z tymi filmami. Jednakże, wciąż mają one sporą rzeszę fanów, skupiającą się głównie wokół Davida Lyncha, uznawanego za jednego z mistrzów tegoż podgatunku. Być może powoli w stronę amerykańskiego twórcy zacznie zmierzać Polak, Greg Zgliński, którego najnowsza produkcja – Zwierzęta, bezsprzecznie kojarzy się z dziełami jak Mulholland Drive czy Zagubiona autostrada.
Fabularnie obraz przedstawia historię małżeństwa mieszkającego na co dzień w Austrii, Nicka i Anny. On jest kucharzem, ona zaś pisarką. Postanawiają razem wybrać się w podróż do Szwajcarii – mężczyzna chce poznać tamtejszą kuchnię, a kobieta skończyć swoją książkę. Już podczas początkowych scen widza uderza specyficzny klimat filmu, czego odzwierciedleniem jest choćby sekwencja rozgrywająca się na hotelowym parkingu, przypominająca do złudzenia Zwierzęta nocy Toma Forda. Jednak, za prawdziwy katalizator opowieści należy uznać moment, w którym Nick i Anna potrącają i zabijają owcę. Ten, wydawałoby się, niegroźny (oczywiście dla ludzi) wypadek, bardzo szybko wpłynie na cały ich pobyt w kraju Helwetów i zmusi bohaterów do rozważenia, co wokół przynależy do świata rzeczywistego, a co stanowi jedynie wytwór wyobraźni. Warto od razu zaznaczyć, że scenariusz nie jest w całości pomysłem Zglinskiego – pierwotnie został napisany i miał być wyreżyserowany przez Jörga Kalta, jednak twórca popełnił samobójstwo w 2007 roku. Polak ów scenariusz przepisał i, jak sam stwierdził, odpowiada za około trzydzieści procent ostatecznej wersji.
Film stanowi koprodukcję austriacko-szwajcarsko-polską, ale większość obsady pochodzi z kraju Mozarta. Jako osobie nieszczególnie śledzącej tamtejszą kinematografię, ciężko mi znaleźć jakieś porównanie dla ich występu, ale można odnieść wrażenie, iż wszyscy grają przynajmniej solidnie. Dwoje głównych bohaterów – Brigit Minichmayr oraz Philipp Hochmair, wypada przekonująco i widać między nimi pewną nić porozumienia, tak często zauważalną u aktorów odgrywających pary na planie zdjęciowym. Równie dobrze wygląda Mona Petri wcielająca się w dwie kreacje – sąsiadkę Anny i Nicka, Andreę, oraz Mischę, zajmującą się domem pod ich nieobecność. Szwajcarka ciekawie oddaje różnicę pomiędzy obiema osobami, choć niestety wydaje się, iż wątek związany z jej pierwszą postacią, mógł zostać lepiej rozbudowany, na czym skorzystałby zarówno film, jak i artystka, mająca szersze pole do popisu.
Przyjemnie ogląda się zdjęcia autorstwa Piotra Jaksy, głównie w czasie gdy wydarzenia rozgrywają się w szwajcarskiej wiosce, do której przyjechało austriackie małżeństwo. Ulokowanie akcji u podnóża Alp z pewnością stanowi plus po stronie reżysera i trzeba mu to oddać. Należy również pochwalić niesamowicie klimatyczną muzykę autorstwa Bartosza Chajdeckiego (znanego między innymi z Bogów Łukasza Palkowskiego, serialowego Czasu honoru czy Jestem mordercą Macieja Pieprzycy, a więc mającego dość przyzwoity dorobek artystyczny, szczególnie w wieku trzydziestu siedmiu lat) doskonale wpisującą się w nastrój konkretnych scen.
Jak to określił sam reżyser, jego dzieło od Mulholland Drive odróżnia głównie fakt, iż, nie da się go logicznie poukładać. Na jego nieszczęście, oddziela je też poziom artystyczny – produkcja Lyncha jest po prostu lepiej zrobiona, choć należy docenić dobrą próbę Zglińskiego oraz życzyć mu powodzenia w przyszłych podejściach do „puzzle movies”. Wszak nie mamy w Polsce wielu twórców, którzy sięgają po tego rodzaju gatunek i z pewnością będzie to stanowiło pewien powiew świeżości na rodzimym rynku.
ocena: 7,5/10

Student filmoznawstwa, wielki pasjonat filmów i dobrej muzyki. W wolnych chwilach zawsze coś ogląda, by mieć co zrecenzować. W związku z tym najłatwiej go spotkać w kinie.