Filmy animowane zawsze pozostają gdzieś na uboczu niezauważane przez odbiorcę lub z góry zaklasyfikowane jako bajki dla dzieci. Tymczasem kończący się rok dostarczył kilka solidnych pozycji pełnometrażowych, które zapewne będą rywalizowały między sobą o nagrodę Oscara. Jedną z nich, mimo iż Akademia Filmowa nie ogłosiła jeszcze nominacji, będzie z pewnością produkcja studia Walt Disney Pictures wraz z Pixar Animation Studios szturmowo podbijająca serca widzów na całym świecie. Można pokusić się o stwierdzenie, iż o „Coco” mówi się jak o zmarłych – albo dobrze, albo w ogóle.
 

Animacja amerykańskiego reżysera – Lee Unkricha, czerpie garściami wszystkie najlepsze elementy z takich klasyków jak „WALL-E” czy „Odlot”, przywracając do kin przeżycia i uczucia, których ostatnimi czasy brakowało. Jeśli szukacie obrazu chwytającego za serce, ale robiącego to w sposób tak subtelny, że nawet nie zauważycie, kiedy łzy napłyną wam do oczu, jedno jest pewne – „Coco” to film, który musicie zobaczyć.

 

Główny bohater – Miguel, pragnie zostać muzykiem i choć to marzenie zdaje się być proste do spełnienia, jego rodzina przeciwna jest grajkom z uwagi na zaszłości, które rozbiły rodzinę. W día de Muertos (Święto Zmarłych) niespodziewanie przenosi się na drugą stronę, poznając swoich przodków, co staje się okazją do rozwikłania familijnej zagadki. „Coco” nie zaprezentuje odbiorcy spektakularnych zwrotów akcji, a co więcej, fabułę można od pewnego momentu przewidzieć, jednak w żadnym stopniu nie umniejsza to genialności tej produkcji.

 

Na wstępie warto dodać, iż nie przypadkowo akcja została umieszczona w Meksyku, choć, co ciekawe, objawia się to nie przez krajobrazy typowe dla tej lokalizacji, ale poprzez kolorystykę oraz obyczaje. Efekt wizualny jest niesamowity – zwłaszcza gdy bohater przenosi się do krainy umarłych – dominuje wtedy półmrok przełamywany neonowymi kolorami odcieni pomarańczy i niebieskiego. Nie sposób nie wspomnieć także o samej animacji, która jest popisem aktualnych możliwości grafiki komputerowej. Brawa należą się zwłaszcza animatorom, bowiem to dzięki ich pracy „Coco” tak silnie angażuje widza. Niezwykle intrygująco rysuje się sposób prowadzenia obrazu, który przypomina wręcz standardowe rozwiązania filmu fabularnego – zbliżenia na detale, zrezygnowanie z głębi ostrości. Twórcy, nie porzucając typowego wyglądu animacji, przyczynili się znacznie do zacierania granicy rozróżniającej oba typy produkcji. Końcowy rezultat wart jest zobaczenia na dużym ekranie.

 

Klimat dzieła Lee Unkricha podkreślony został przez nieustającą muzykę – latynoski styl oddano nie tylko instrumenty strunowe, ale również charakterystyczne dla tego regionu marakasy czy kastaniety. Trudno po seansie wyrzucić z głowy główny motyw muzyczny animacji – piosenkę „Remember me” autorstwa Miguela, a wręcz z chęcią sięga się po cały soundtrack, aby na nowo przeżyć przygodę bohatera.

 

„Coco” nie jest tylko animacją dla dzieci. Sprawdźcie to sami – na sali kinowej zobaczycie o wiele więcej osób w swoim wieku aniżeli najmłodszych. Nie dziwi to szczególnie, bowiem narracja prowadzona jest w sposób uniwersalny dla każdej kategorii wiekowej. Produkcja w prosty, ale nie nachalny sposób, przypomina o istocie wartości takich jak rodzina, tradycja, a także uczy przebaczać oraz walczyć o swoje. Podkreśla również jak ważna jest pamięć o zmarłych, bowiem żyją oni tak długo, jak trwają w naszych wspomnieniach. Jeśli zostaną zatraceni, to tak jakby umarli po raz drugi.

 

Nie bójmy się stwierdzenia, że „Coco” to prawdopodobnie jedna z najlepszych animacji ostatnich lat. Nietypowy temat oscylujący wokół śmierci został umiejętnie poprowadzony w taki sposób, że jednocześnie potrafi rozbawić, jak i wzruszyć do łez. Świetnie wykonana pod względem technicznym i wizualnym opowieść pozostawia w widzu poczucie zadumy, a może i nawet odrobinę poczucia rozczarowania, iż przygoda w tym magicznie kolorowym świecie tak szybko dobiegła końca.

 

Ocena: 9/10

 

Nieustraszona pogromczyni każdej pozycji filmowej bez względu na to, czy ma zmierzyć się z klasykiem kinowym, czy polską komedią romantyczną. Dzień bez obejrzanego filmu, jest dniem straconym. Jej mottem życiowym jest: good films make your life better, choć kino klasy B także ma swój urok.