Poziom twórczość Anny Jadowskiej przypomina sinusoidę – w 2004 roku otrzymała za film „Teraz ja” Złotego Lwa za najlepszy debiut reżyserski, jednak jej następny obraz – dramat historyczny „Generał – zamach na Gibraltarze” (2009) zebrał bardzo mierne noty, choć jeszcze gorzej odebrana została produkcja „Z miłości” (2011). Tym bardziej więc najnowszy wytwór audiowizualny tejże artystki wzbudzał spore zainteresowanie, ale również obawę o jakość artystyczną wykonania całości. Sceptyczne podejście do filmu okazało się być jednak nad wyraz – polska reżyserka zaproponowała widzom w „Dzikich różach” prostą opowieść ujętą w niezwykle poetycki sposób.
 
Mieszkająca na wsi w niewykończonym domu wraz z dziećmi Ewa wyczekuje przyjazdu męża pracującego za granicą. Choć właściwsze byłoby użycie czasu przeszłego, bowiem już od pierwszych chwil wyczuwalne jest napięcie rodzące się pomiędzy małżonkami. Przed widzem stopniowo odkrywane są kolejne elementy przeszłości bohaterów, które nie pozwalają opowiedzieć się za jedną bądź drugą ze stron. Reżyserka nie próbuje tłumaczyć zachowania Ewy, nie patrzy na nią pobłażliwym okiem, wskazuje jednak na obłudną rzeczywistość, w której musi poruszać się kobieta. Konieczność podporządkowania się wzorcowej roli matki, czekającej wiecznie żony, kończy się niepowodzeniem – bohaterce wszak daleko do greckiej Penelopy, co nie wywołuje jednoznacznego potępienia ze strony odbiorcy. Stopniowo budowane napięcie staje się nie do zniesienia, choć trudno słowami opisać dlaczego się tak dzieje. Każda scena rozszerza perspektywę postrzegania Ewy, a jednocześnie coraz ciaśniej zaciska się wokół niej pętla pretensji oraz niezrozumienia ze strony otoczenia.

 

Głównym atutem „Dzikich róż” jest oszczędność zarówno w warstwie wizualnej, jak i dialogowej. Powolny, spokojny ruch kamery niemal usypia (zwłaszcza czujność widza), stawiając jakby tezę, iż prawdziwe dramaty rozgrywają się w ciszy. Lapidarne kwestie wypowiadane przez bohaterów należy powiązać z ich ruchem ciała, aby w pełni odkryć intencje. Na marginesie dodać należy, że Anna Jadowska w niebywały sposób potrafi niewerbalnie oddać nastroje oraz uczucia postaci – wystarczy spojrzenie, żeby odbiorca zaczął domniemywać, co wiąże dane osoby. Duża w tym zasługa także odtwórczyni głównej roli – Marty Nieradkiewicz. Aktorka ostatnio zabłysła w filmie Tomasza Wasilewskiego „Zjednoczone stany miłości” i można się spodziewać, iż po kreacji w „Dzikich różach” nie będzie narzekała na brak ofert. Nieradkiewicz nie próbuje ani sympatyzować z widzem, ani grać na emocjach – pokazuje raczej kobietę, która poprzez złe wybory, a także zwykłe zrządzenie losu, dotarła do muru. Świetnie partneruje jej Michał Żurawski wcielający się w rolę męża – Andrzeja, próbującego nie dopuścić do siebie myśli dotyczących wydarzeń podczas jego nieobecności. Kulminacyjna scena, choć niezwykle prosta oraz pełna niedopowiedzeń, wzbudza w odbiorcy konieczność zmierzenia się z niełatwym tematem, a tym samym pobudza do rewizji swoich wartości.

 

Anna Jadowska pokazuje w swoim najnowszym filmie, iż postacie lepiej budować poprzez ciszę, a nie pusto brzmiące dialogi. Kolorystyka – wypłowiałe barwy zestawione zostały z zielenią, która symbolizować może nadzieję, ale także niestabilność i niepewność. Pojawiająca się czerwień róż ożywia otoczenia, jednak wprowadzona namiętność może okazać się być złudną. „Dzikie róże” to portret kobiety próbującej wyrwać się z przypisanych do niej ról, choć jest to walka skazana z góry na niepowodzenie. Główna bohaterka nie zyskuje całkowitego zrozumienia w oczach widza, ale nie było to zamiarem reżyserki – jej najnowsze dzieło to realistyczna opowieść o wypaleniu się uczuć osadzona w polskich realiach, jednakże posiadająca bardzo uniwersalny wymiar.

 

Ocena: 7/10

 

Nieustraszona pogromczyni każdej pozycji filmowej bez względu na to, czy ma zmierzyć się z klasykiem kinowym, czy polską komedią romantyczną. Dzień bez obejrzanego filmu, jest dniem straconym. Jej mottem życiowym jest: good films make your life better, choć kino klasy B także ma swój urok.