Herculesa Poirot możemy uznać za najpopularniejszego detektywa świata. Wykreowany przez Agathę Christie w dziesiątkach kryminałów, w których rozwiązuje zagadki nie do rozwiązania. Powieści autorki nie są tylko rozpowszechnione w Anglii czy Wielkiej Brytanii, ale nawet dziś uczniowie w polskich szkołach czytają jej opowiadania jako lektury. Natomiast w księgarniach nadal są obecne na listach bestsellerów pomimo tego, że od śmierci autorki minęło ponad czterdzieści lat. Tym razem spotykamy się z niejako “odnowioną” wersją filmu z 1974 roku, a w postać znanego detektywa wcielił się sam reżyser – Kenneth Branagh. A ile “odświeżenia” i adaptacji ma w sobie „nowe” „Morderstwo w Orient Expressie”, musicie sami ocenić.

 

Fabuła produkcji bazuje w bardzo małym stopniu na książkowym oryginale. Z tego, co udało mi się dowiedzieć, fani twórczości Agathy Christie są lekko zdenerwowani tym, co wykreował odtwórca roli Poirot, który przedstawił zupełnie inną historię, niż się wszyscy spodziewali. Niestety nie czytałam książki, ani nie oglądałam poprzedniej ekranizacji w i jest to moje pierwsze spotkanie z “Morderstwem…” – niekoniecznie udane, ale może jak sięgnę po dwie starsze pozycje, bardziej przypadnie mi do gustu. Belgijski detektyw ma do rozwiązania skomplikowana sprawę śmierci cenionego handlarza dzieł sztuki, który ginie w swoim przedziale. Krąg podejrzanych zawęża się do trzynastu pasażerów, więc zaczynają padać pytania: kto zabił? czy zaatakuje jeszcze raz? Nikt nie może spać spokojnie, dopóki Hercules Poirot nie znajdzie rozwiązania zagadki .

 

Kenneth Branagh do stworzenia “Morderstwa w Orient Expresie” zatrudnił popularne gwiazdy kina, licząc, że przyniesie mu to niemały sukces. Dodatkowo sam wcielił się w głównego bohatera, co gwarantowało mu, że całość będzie zrealizowana według jego ścisłego zamysłu. Jednakże nie tego się spodziewałam, chciałam niezwykłej historii Agathy Christie przedstawionej wśród urokliwych wysokogórskich krajobrazów z udziałem aktorskiej śmietanki. Niestety stało się zupełnie inaczej. Sądzę, że właśnie taka perspektywa seansu odsłaniała się przed każdym, kto miał tylko możliwość zobaczyć zwiastun. Ukazywał on, że możemy, a nawet musimy spodziewać się niesamowitego obrazu, czarujących kadrów i wspaniałej gry aktorskiej. Jak dla mnie całość nie spełniła wymagań, bo wszystko, co chciałam zobaczyć, niestety już zobaczyłam, ale w trzyminutowym trailerze. Oczekiwałam, że film zostanie poprowadzony w tej samej konwencji, jednakże tak się nie stało.

 

Dobór artystów był jak najbardziej odpowiedni, przecież dzisiaj nikt nie przejdzie obojętnie, słysząc nazwiska: Branagh, Depp, Cruz, Dafoe czy Dench, a nawet Pfeiffer. Jednak nic za tym nie idzie, każda jednostka powinna być wykreowana w najporządniejszy sposób. Johnny Depp zapomniał o swoim wizerunku i, wcielając się w postać Ratchetta, zepsuł ją. Nie pokazał aktorskich umiejętności (a doskonale wiemy, że takie posiada – na przykład rola Jacka Sparrowa w „Piratach z Karaibów”), tylko wykreował beznamiętną, bez uczuciową osobę. Przedstawił się od niewłaściwej strony, robiąc “za dodatek filmu” – dobrą reklamę, aby widzowie udali się na seans. Natomiast Pfeiffer w roli samotnej wdowy poradziła sobie znakomicie, mogę spokojnie powiedzieć, że wykreowała dużo lepszy charakter niż w „mother!”. Stanowi to bardzo mocny punkt w “Morderstwie w Orient Expressie”, zaskoczyła wszystkich, a jej wcielenie przyćmiło pozostałych. O Dench czy o Cruz nie ma nawet co wspominać, podzieliły los Deppa.

 

Reżyser zdecydował się na pokazanie flash-backów. Uznaję to, za niewątpliwy strzał w dziesiątkę, bo historia fenomenalnie trzyma się w tej postaci. Nie widzieliśmy sztucznych powrotów, pojawiały się tylko wtedy, gdy ich potrzebowaliśmy i to zasługuje na duży plus. Niemniej jednak, twórczość Pani Christie zaskoczyła mnie na tyle, że w najbliższym czasie sięgnę po któreś z jej opowiadań. Niezaprzeczalnie jest w tym genialna, a świat, który kreuje podchodzi pod fantastykę, a sam umysł detektywa – boską wiedzę.

 

“Morderstwo w Orient Expressie” to kolejna realizacja na przestrzeni dwóch tygodni, po seansie której czuję wielki niedosyt i zawód. Ładne zwiastuny – słabe filmy, szczerze mówiąc, wolałabym, żeby było na odwrót. Bo, o ile mierny trailer można obronić brawurową produkcją, to beznadziejny obraz – niesamowitą zapowiedzią już nie.

 

Ocena: 4,5/10

 

Największa fanka autocada i BIMu. Hobbistycznie miłośniczka malarstwa XIX i XX wieku z naciskiem na: Degasa, Klimta i Bacona. W czasie wolnym szuka filmu idealnego, po którym z czystym sumieniem będzie mogła określić X muzę sztuką.