W trwającej przeszło 30 lat karierze Emirowi Kusturicy udało się na stałe zapisać w historii kina i rozkochać w sobie widzów o skrajnie różnych gustach. Pochodzący z Bośni reżyser zaprojektował dla zbiorowej wyobraźni szalenie sugestywny portret Jugosławii, tworząc fascynujący filmowy świat, do którego kochamy powracać. Wybuchowa mieszanka dynamicznej bałkańskiej kultury, absurdalnego humoru, nostalgii, surrealizmu i historii stanowi esencję jego unikatowego autorskiego stylu. Sam Kusturica jest jakby żywcem wyjęty ze swoich filmów: ma własny zespół, produkuje soki, pasjonuje się architekturą i piłką nożną. Na Bałkanach wzbudza wielkie kontrowersje, albo się go kocha, albo nienawidzi. Sympatyzuje z lewicą, nie ukrywa swojej fascynacji Fidelem Castro i Vladimirem Putinem. Nic więc dziwnego, że miał duże problemy ze zdobyciem funduszy na realizację kolejnego filmu i musieliśmy czekać prawie dekadę na premierę Na mlecznej drodze.
Trwa wojna w Jugosławii. Kosta, muzyk w średnim wieku, zajmuje się dostarczaniem mleka na front. Ma w planach małżeństwo z piękną Mileną, która chce zorganizować podwójne wesele, tuż po powrocie brata. W tym celu siostra sprowadza dla niego przyszłą żonę, tajemniczą Włoszkę, znalezioną w ośrodku dla uchodźców. Nie spodziewa się, że poczciwego Kostę i nieznajomą kobietę połączy wielkie uczucie.
Film Kusturicy można podzielić na trzy nierówne części. Pierwszy akt zdecydowanie najbardziej się broni. Reżyser ucieka się tu do sprawdzonych rozwiązań i zbliża się do swojego najlepszego poziomu. Mamy zatem galerię ekscentrycznych, lecz bardzo sympatycznych postaci, mnóstwo sytuacyjnego humoru, energiczną bałkańską muzykę, błyskotliwe dialogi i wspaniałe krajobrazy. W centrum wydarzeń znajduje się oczywiście Kosta, w nieodłącznym towarzystwie uroczego osła i oddanego przyjaciela-sokoła. Bohater sprawia wrażenie zdziwaczałego, miewa zadziwiające sny i przytrafiają mu się fantastyczne wypadki. Jest wycofany, jakby nieobecny, a stoi za tym ciężki bagaż życiowych doświadczeń. Kusturica świadomie obsadził samego siebie w tej roli, dodając wyraźny trop autobiograficzny do interpretacji. Partneruje mu zjawiskowa Monica Belucci, która idealnie wpasowała się w zaczarowany świat artysty, dokładając nie tylko swój nieziemski urok i urodę, ale także subtelne aktorstwo oparte na geście i spojrzeniu. Nieśmiałe zbliżanie się do siebie nieznajomych zostaje tu pokazane z wielką wrażliwością i czułością, czego najlepszym przykładem jest piękna scena zszywania oderwanego ucha. Śledzenie perypetii bohaterów, poprzecinanych kolejnymi rozejmami na froncie, to czysta przyjemność, bo Kusturica pozostaje mistrzem opowiadania pozornie banalnych historii o prostych ludziach smaganych przez los i pragnących odrobiny szczęścia.
W drugiej części reżyser przyspiesza tempo opowieści, ale poziom całego dzieła z każdą minutą spada. Właściwie bierzemy udział w jednym wielkim pościgu z elementami wyjętymi z kina akcji, sporą dawką realizmu magicznego i paroma scenami romantycznymi. Nie wiadomo, jaki cel przyświecał twórcy, jednak pomysł tej ryzykownej kombinacji okazał się nietrafiony. Wzbudzające śmiech lub politowanie efekty specjalne, absurdalne sceny podwodne czy wreszcie widok owczego stada, rozdzieranego przez miny ani nie budują dramaturgii i napięcia, ani nie pomagają wczuć się w sytuację bohaterów. Co gorsza, te wszystkie zabiegi, dotąd nieobecne w kinie Kusturicy, sprawiają, że przestajemy z wypiekami na twarzy śledzić zmagania postaci i tracimy z nimi emocjonalną więź. Można odnieść wrażenie, iż doświadczony artysta pozwolił sobie na taką formalną swawolę, chcąc spełnić swoje niezrealizowane fantazje lub wprowadzić jakieś novum do świata przedstawionego. Niestety dotkliwie cierpi na tym film.
Ostatniej partii, swoistemu epilogowi, udaje się uratować dzieło jako całość. Kusturica zmienia diametralnie nastrój i sprowadza nas mocno na ziemię. Zaistniały kontrast, co nieco zaskakujące, odpowiednio wybrzmiewa i byłby jeszcze silniejszy gdyby nie wcześniejsze tąpnięcia narracyjne. Artysta skłania się z powrotem ku prostocie, z której potrafi wyciągnąć najwięcej i dobrze na tym wychodzi. Zakończenie ma w sobie coś z finału filmu Życie jest cudem, bo podobnie jak tam, daje nadzieję, ale niczego nie obiecuje, wzrusza, ale nie do łez i cieszy, ale niczego nie banalizuje.
Na mlecznej drodze z pewnością nie należy do największych dzieł Kusturicy i dla kogoś, kto pierwszy raz spotka się z jego twórczością, okazać się może mocno rozczarowujące. Nie sposób jednak odmówić mu specyficznego uroku, który uczynił z twórczości artysty osobne zjawisko na filmowej mapie i także teraz daje nam wiele nieskrępowanej radości. Kusturicę, nawet w słabszej formie, po prostu chce się oglądać.
Ocena: 6/10

Student filmoznawstwa (nie z przypadku). Wielbiciel kina irańskiego, czeskiego, chińskiego, koreańskiego. Uważa, że kamera filmowa została wynaleziona po to, by Chan-wook Park mógł nakręcić Oldboya.