Premiera „The Florida Project” w kręgu kin studyjnych była bardzo nagłaśniana, a marketing sprawił, że w rezultacie ta pozycja trafiła też do multipleksów. W tym wypadku film, którego piękno możemy czasami dostrzec tylko na ekranie studyjniaka, na ogromnym wyświetlaczu komercyjnego kina nie wywrze takiego wrażenia. Estetyka, stonowane ujęcia, filtry rodem z Instagrama. Do tego dzieci – historia trójki maluchów, którzy w szarą codzienność wniosą więcej niż wam się może wydawać. Pewnie zastanawiacie się, czym tak naprawdę jest ta rozhukana “Floryda”? Ani kolorowe, popkulturowe obrazki, ani miliony pozytywnych recenzji nie są w stanie tego wyrazić. To doświadczenie, którego każdy powinien zaznać. Nie jest to wcale takie trudne, żeby wziąć udział w tytułowym Projekcie, trzeba wybrać się wyboistą drogą wprost do samego Disneylandu! Brzmi niesamowicie? Tak też powinno być. Nie chcę niczego wam obiecywać, bo zdaję sobie sprawę z tego, że większości rozkrzyczane i niewychowane dzieciaki nie przypadną do gustu.

Przed seansem „The Florida Project” każdy z nas miał przed oczami jakąś niesamowitą wizję. W końcu słysząc, że to film – ideał, a z każdej strony widzieliśmy rzucane najwyższe oceny w najgorszym przypadku 9/10. A reżyser, jak i aktorzy, bez wątpienia stanowili materiał iście oscarowy. Jednak czy to film, zasługujący na brawa i tak wielkie uznanie? Moim zdaniem nie do końca. Było to coś innego niż się spodziewałam, a wbrew opiniom nie należy ona do grona pozycji, którym bez wyrzutów sumienia mogę dać święte 10/10. Liczyłam na pełny ładu seans, że zakocham się w niej od strony wizualnej. Po części tak, każdy kadr zawierał magiczny element, przywołujący słodko, landrynkowy krajobraz świata. Pomimo ślicznej oprawy dostajemy się na pełne brudu i patologii osiedle na peryferiach Disneylandu. Wtedy zaczynamy czuć pewnego rodzaju dysonans, gdzie sposób przedstawienia nie idzie w parze z historią. A to nie do końca wpisuje się w baśniową rzeczywistość Bakera.

W pierwszych sekundach pan Baker daje nam do zrozumienia, że będzie to film o dzieciach. Poznamy każde z nich od najgorszej strony, pojmiemy, że wartościowe postacie, a w swojej dziecińskości urocze. Zaznajomimy się z bohaterami podczas pierwszej wykrzykiwanej sceny, gdy widocznie reżyser testował możliwości swojego odbiorcy. Dając wybór: „akceptujesz krzyki rozwydrzonych dzieci – przygotuje dla ciebie coś niezwykłego, ale jak nie rozumiesz mojego zamysłu, nikt cię nie trzyma, ale potem będziesz żałować”. Gdy Baker rozezna się w naszej wytrzymałości, zaserwuje nam piękny obraz jako nagrodę pozytywnego przejścia testu. Cały film prowadzony jest w niesamowity sposób pod względem estetycznym. Ładne przejrzyste kadry, oglądane na dużym ekranie studyjniaka pozwalają wczuć się w klimat, jakbyśmy sami podążali za Moonee po krętych drogach motelu. Uderza nas przede wszystkim pozorna czystość i sterylność, budynki są wielkimi kolorowymi bryłami, ubrania dzieci kolorowym kontrastem, wszystko również pozornie chce pokazać szczęśliwe wakacje. Nic bardziej mylnego, na peryferiach Disneylandu niestety tak nie jest. Jest to zupełnie inna rzeczywistość – przepełniona brakiem kultury, dojrzałości i odpowiedzialności. Słysząc słowo „Disneyland”, czyli inaczej krainę szczęśliwą, wyobrażamy sobie idealne miasto z idealnymi ludźmi i beztrosko biegającymi dziećmi. Spotyka się to z wielką skrajnością, reżyser w swoim filmie ukazał kontrast pomiędzy tymi dwoma półkulami. Przedstawiając nieodpowiedzialnych opiekunów, których pociechy prawdopodobnie poczęte z przypadku, cieszą się słońcem i wakacjami. Nie znając bólu i zła świata, obserwują zachowanie rodziców, czerpiąc wzorce z nich, a ich podejście do życia zakrawa o niemałą patologię. Kwestią czasu jest, gdy pojawi się kurator, który sprowadzi całe to zamieszanie do normy.

Film jest jednym, wielkim festiwalem kontrastów i niesamowitej ironii. Kontrowersyjne ukazanie życia odkrywa przed nami niechcianą rzeczywistość. Z jednej strony spodziewamy się obrazu trzymającego schemat idealnej rodziny, licząc na spodziewane zakończenie, a z drugiej brzydzimy się tym. Nie będzie to wstręt, do jakiego dążył Dali, czy w ostatnich latach Lynch. To będzie surrealistyczna wizja całego globu utrwalona w bakerowski sposób. Świat przedstawiony ma w sobie wiele sprzeczności, których nie sposób pominąć. Nakładają się cały czas na siebie, tworząc czarno biały pejzaż z dodatkiem instagramowego filtru. Nieodpowiedzialni rodzice postawieni naprzeciw dojrzałych maluchów. Życie w pobliżu baśniowego zakątka wypełnione najgorszym. Jednak najlepszą rolę odgrywają tutaj dzieci, które idą przez życie beztrosko z uśmiechem na twarzy, nie bojąc się zła czyhającego na nie na każdym kroku.

Podejście Bakera do przedstawienia tej skomplikowanej sytuacji jest nieco zabawne. Stara się pokazać zupełnie inny świat jaki znamy ze słodkich filmów, gdzie spotykamy tylko przeidealizowany obraz rodziny. Zrywając ze schematem, serwuje nam seans  całkowicie oparty na dzieciach. Wszystko tam postrzegamy dziecięca perspektywą, nawet ustawienie kamery, zakrawa o wysokość stu pięćdziesięciu centymetrów. Długie ujęcia w tle pięknych krajobrazów najlepiej definiują, o czym opowiada “The Florida Project” w zamyśle Bakera. Całość komponuje się niesamowicie, pozwalając nam odczuć florydzki klimat nieopodal Disneylandu

Jestem pewna, że Sean Baker zadziwi swoich wyznawców jeszcze nie jeden raz, bo za tak wspaniałą prezentację życia należą mu się gromkie brawa. Czekam z niecierpliwością na kolejny film. Dodam, że niedawno wyszedł iPhone X, ciekawe, czy reżyser z tego skorzysta.

Ocena 7/10

 

 

Studentka architektury, zakochana w sztuce po brzegi. Czas pomiędzy rysowaniem kolejnych projektów spędza zazwyczaj w kinie albo w muzeum. Uwielbia stare, najlepiej nieme filmy, kino akcji i bajki Disneya.

Wygląda na to, że blokujesz reklamy.

Uwierz, rozumiem to w pełni. Sam go używam do serwisów, które bombardują mnie męczącymi reklamami. Zapewniam Cię jednak, że jedyne reklamy na naszym blogu to nieinwazyjne reklamy Google i gwarantuje, że nie będą uprzykrzać Ci życia.

To co, mamy deal? :-)