Dwa lata temu oscarowy wyścig w najważniejszej kategorii, czyli najlepszy film, wygrał obraz Toma McCarthy’ego „Spotlight” opowiadający o grupie bostońskich dziennikarzy będących na tropie pedofilskiego skandalu. Tym razem tematykę prasy, którą potocznie nazywa się czwartą władzą z uwagi na jej niebywałe możliwości w kształtowaniu społeczeństwa i polityki oraz sprawowanie kontroli nad pozostałymi władzami, postanowił podjąć reżyser niewymagający przedstawienia. Steven Spielberg odchodzi ponownie od kina familijnego na rzecz dramatu, decydując się na zekranizowanie historii wydawców dziennika „The Washington Post”. Czy jego najnowszy film ma szansę zawalczyć o złotą statuetkę przyznawaną przez Akademię Filmową?

Fabularnie „Czwarta władza” została osadzona w latach ’70 w czasie kadencji 37. prezydenta Stanów Zjednoczonych Richarda Nixona. Wydawcą dziennika „The Washington Post” niespodziewanie po nagłej śmierci męża zostaje Katherine Graham, która będzie musiała poradzić sobie w branży wypełnionej mężczyznami. Z pewnością prowadzenie gazety byłoby o wiele łatwiejsze, gdyby jej dziennikarze nie znaleźli się w posiadaniu dokumentów oznakowanych jako ściśle tajne. Chęć opublikowania tajemnicy rządowej doprowadza do konfliktu pomiędzy dziennikiem a najwyższą władzą Stanów Zjednoczonych.

Film Spielberga jest dość przemieszany pod względem gatunkowym – teoretycznie utrzymany w konwencji dramatu, ale pojawiają się elementy rodem z thrillera popychające znacznie fabułę do przodu. Niestety przeciwstawione zostają tym fragmenty sceny przepełnione monologami pełnymi podniosłości, momentami wręcz patosu, co negatywnie wpływa na całościowy odbiór produkcji. Brakuje w obrazie amerykańskiego reżysera przede wszystkim napięcia, które przykuwałoby uwagę widza oraz emocjonalnie wiązało go z przedstawianą historią. Tymczasem bohaterowie wydają się bez życia, pozbawieni pogłębionych portretów psychologicznych, przez co trudno zagłębić się w fabułę. Brakuje przede wszystkim punktu kulminacyjnego – scenarzyści poprowadzili fabułę w taki sposób, iż odnosi się wrażenie, że poczynania bohaterów prowadzą donikąd. I nagle film się kończy. Walka o prawo do ujawnienia utajnionych dokumentów przeplata się ze staraniami Katherine o wywalczenie sobie pozycji w wydawnictwie, co w ostatecznym rozrachunku rozmywa końcowy kształt filmu.

„Czwarta władza” to ponowne spotkanie na planie filmowym Spielberga z Tomem Hanksem. Aktorowi przypadła do zagrania dość charyzmatyczna (zresztą jak zawsze) rola, w której bez problemów się odnalazł. Pocieszny, mający już swoje lata, Hanks nie zaliczy jednak tej roli do najlepszych, bowiem jego postać po prostu ginie gdzieś w warstwach scenariusza. Jeszcze z trudniejszym zadaniem musiała zmierzyć się Meryl Streep, której przypadła bardzo typowa rola kobiety mierzącej się z dyskryminacją oraz własnymi słabościami. Nie można powiedzieć, że Streep zagrała źle, jednak jest tak bardzo w stylu Meryl – wypada na tyle naturalnie, że aż nijako. Na tle tego średnio dobranego duetu wyróżnia się Bob Odenkirk, odgrywający rolę jednego z dziennikarzy, któremu udało zachować się trochę zaangażowania i pasji.

Najnowszy film Stevena Spielberga rozczarowuje, jeśli weźmiemy pod uwagę pozostałe produkcje tego reżysera. Uznanie „Czwartej władzy” za słaby film byłoby nadużyciem, ale od takiego twórcy jak Spielberg można oczekiwać znacznie więcej. Brak zdecydowania się na konkretny gatunek, a tym samym balansowanie między thrillerem a patetycznym dramatem nie składa się na obraz zapadający w pamięć. Tematyka podejmowana przez Amerykanina tak ważna i aktualna została sprowadzona do wzniosłych dialogów, które nie niosą nic ze sobą.

Ocena: 6/10

 

Nieustraszona pogromczyni każdej pozycji filmowej bez względu na to, czy ma zmierzyć się z klasykiem kinowym, czy polską komedią romantyczną. Dzień bez obejrzanego filmu, jest dniem straconym. Jej mottem życiowym jest: good films make your life better, choć kino klasy B także ma swój urok.