Kiedy pojawiła się informacja, że Christopher Nolan wyreżyseruje film wojenny, wielu kinomanów miało spore wątpliwości, co do umiejętności odnalezienia się amerykańskiego twórcy w tym gatunku. Reżyser mający na swoim koncie blockbustery, takie jak „Incepcja”, „Mroczny rycerz” czy „Interstellar”, stanął przed wyzwaniem zrealizowania produkcji mocno osadzonej na osi historycznej, czym do tej pory nie miał okazji się zajmować. Możliwe, że brak doświadczenia na tym polu sprawił, że Nolan wniósł do kina wojennego niezwykły powiew świeżości, tworząc obraz na tyle solidny, że doczekał się nominacji do Oscara w kategorii najlepszy film. Czym zatem zachwyca „Dunkierka” i czy faktycznie zasługuje na słowa uznania?

Fabuła obrazu skupia się na operacji Dynamo podczas II wojny światowej, która polegała na ewakuacji wojsk brytyjskich, francuskich oraz belgijskich z tytułowej Dunkierki, będącej francuskim miastem położonym tuż przy Morzu Północnym, do Wielkiej Brytanii. Można nazwać to klęską wojsk alianckich, jednak liczba uratowanych żołnierzy została przekuta na niebywały sukces. Elementem wyróżniającym film Nolana na tle innych obrazów z tego gatunku jest podział fabuły na trzy historie rozgrywające się w różnym czasie. Widzowi przyjdzie zmierzyć się zatem z kilkoma niby odrębnymi opowieściami, które w niektórych momentach splatają się ze sobą. Nie chodzi jednak jedynie o przedstawienie losów żołnierzy na lądzie, na wodzie oraz w powietrzu – reżyser poszedł o krok dalej i czas trwania historii odpowiednio skracał, zaczynając od tygodnia, przez dzień, a na godzinie kończąc. Jednak, jakby się chwilę zastanowić, to wszak od reżysera kultowego „Memento” zaliczanego do tzw. puzzle movie, należałoby wymagać więcej zwłaszcza pod względem warstwy fabularnej. Poukładanie prezentowanych obrazów w racjonalną całość nie jest szczególnie proste tym bardziej, że „Dunkierka” pozbawiona została indywidualnych, wyróżniających się bohaterów. Jedyną postacią zbiorową jest armia, która stanęła przed koniecznością wycofania się z pola walki albo – patrząc niejako z drugiej strony – pomocy swoim druhom. Niełatwo śledzić prezentowaną historię, kiedy co chwila zmieniają się twarze, imiona przewijających się jednostek nie są w żadnym stopniu istotne, a i utożsamić nie ma się z kim. Ten kontrolowany chaos zawiera w sobie jednak urok (jeśli można użyć tego słowa w kontekście wojny), który pochłania całkowicie widza, umieszczając go w samym środku wydarzeń.

Elementami stanowiącymi niebywały atut filmu Nolana są wszelkie kwestie związane z dźwiękiem oraz muzyką. Wszystko dookoła buzuje, huczy, nie pozwalając ani na chwilę odwrócić głowę od ekranu. Poprzez nieprzyjemne, irytujące odgłosy twórcom w punkt udało się odtworzyć wrażenie przytłoczenia oraz niekończącego się niepokoju. Paradoksalnie – sceny, które owiane są ciszą, jawią się jako bardziej niebezpieczne, aniżeli te wypełnione wybuchami. Solidność pracy dźwiękowców przyczyniła się do odbierania obrazu w niezwykły sposób – nawet jeśli nie mielibyśmy zapamiętać żadnej ze scen „Dunkierki” (co jest mało prawdopodobne), to z pewnością w pamięci utkwi nam przeraźliwy odgłos nadlatującego samolotu.

Przyznaję się szczerze, iż nie sądziłam, że Christopher Nolan stworzy tak dobre, a jednocześnie dość nietypowe, kino wojenne. Wydaje mi się, że nikogo nie zdziwi, jeśli za kilka lat „Dunkierka” będzie wyświetlana jako przykład dobrego montażu (także dźwiękowego) oraz umiejętnie poprowadzonej fabuły – która na pierwszy rzut oka wydaje się być prosta, jednak zbudowanie trzech płaszczyzn powierzchniowych oraz trzech czasowych stworzy z niej istny majstersztyk. Oczywiście brak indywidualnych bohaterów utrudnia śledzenie wydarzeń oraz nie daje możliwości kibicowania postaciom, ale z drugiej strony stanowi to powiew świeżości w kinie tego gatunku. O zdjęciach nawet nie ma potrzeby wspominać – wystarczy tylko chwila, aby stwierdzić, że to miód na serce. Bez wątpienia, Nolan zagwarantował swoim wiernym fanom kolejny seans nie do zapomnienia.

Ocena: 8,5/10

 

Nieustraszona pogromczyni każdej pozycji filmowej bez względu na to, czy ma zmierzyć się z klasykiem kinowym, czy polską komedią romantyczną. Dzień bez obejrzanego filmu, jest dniem straconym. Jej mottem życiowym jest: good films make your life better, choć kino klasy B także ma swój urok.