Trudno nie zauważyć, że tegoroczna stawka produkcji nominowanych do Oscara w kategorii najlepszy film skupia się przede wszystkim na jednostkach oraz ich relacjach z innymi osobami lub otoczeniem. Dominują obrazy silnych, wyrazistych bohaterów, borykających się z najróżniejszymi problemami. Najnowsze dzieło Craiga Gillespie wpisuje się w nurt tych bardziej lub mniej biograficznych produkcji, jednak wyraźnie się na tym tle wyróżnia. Australijski reżyser postanowił zekranizować, należy przyznać niebanalną, historię znanej łyżwiarki figurowej – Tonyi Harding. Dzięki ciekawie połączonej quasi-dokumentalnej formie filmu oraz dobrze rozpisanej fabularnej części twórcy udało się stworzyć niebywale udane kinowe widowisko.

Fabularna obrazu „Jestem najlepsza. Ja, Tonya” niejako rozpoczyna się od początku przygody tytułowej bohaterki z zawodowym łyżwiarstwem. Przedtem jednak twórca próbuje zaintrygować widza przyszłą historią wypowiedziami postaci, które, dla osób nie znających ekranizowanej sprawy, mogą wydać się zdawkowe czy niepełne. Do formy wykadrowanych wywiadów odbiorca będzie musiał przywyknąć, bowiem Gillespie czerpie z tej metody garściami, próbując wprowadzić domieszkę autentyczności. Sama narracja wielokrotnie przerywana jest przez bohaterów, kwitujących, że to wydarzenie nie miało miejsca lub powiedziane zostało co innego. Nawarstwienie się różnych punktów widzenia nie pozwala widzowi przyjąć jedynej słusznej prawdy i sam musi ocenić, która z postaci zasługuje na jego zaufanie. Przedstawiona historia nie jest szczególnie skomplikowana, jednak sposób jej zaprezentowania pozwala czerpać przyjemność z możliwości poznania myśli innych bohaterów.

Tonya Harding znana ze swojej porywczości oraz zachowań uchodzących za kontrowersyjne nie ułatwiała sobie drogi do amerykańskiej drużyny olimpijskiej. Spoiwem łączącym wszelkie wydarzenia jest relacja tytułowej bohaterki z jej partnerem Jeffem, która wpływa bezpośrednio na karierę sportową łyżwiarki. Gillespie w swoimi filmie skupia się bardziej na wydarzeniach rozgrywających się poza taflą lodowiska, choć nie zabranie spektakularnych piruetów na lodzie. Niewątpliwym atutem obrazu „Jestem najlepsza” okazuje się charakteryzowanie bohaterów pozbawione ich gloryfikacji, ale i w drugą stronę upodlenia, czy zrzucania odpowiedzialności. Jednocześnie postacie są niezwykle charyzmatyczne, żywiołowe oraz, a może przede wszystkim, pełnowymiarowe – ze swoją przeszłością, mocno osadzone w świecie przedstawionym. Nie zaprzeczam, że w pewnym momencie snuta historia może zacząć nas nużyć, jednak przez znaczną większość seansu czerpać można prawdziwą satysfakcję z metody prowadzenia fabuły oraz zarysowania charakterów.

Tak trzeba to przyznać – rola w „Jestem najlepsza” Margot Robbie to świetna kreacja postaci, która zasługuje na oklaski i słowa pochwały. Śmiem jednak pokusić się o stwierdzenie, że aktorce nie udałoby się osiągnąć takiego świetnego poziomu artystycznego, gdyby nie reszta obsady, na czele z naprawdę olśniewającą Allison Janney wcielająca się w rolę matki łyżwiarki. Dodając do tego występ Sebastian Stan na dobrym poziomie, całość składa się na bardzo solidne widowisko pod względem aktorskim.

„Jestem najlepsza” w reżyserii Craiga Gillespie okazuje się być miłym zaskoczeniem, choć jako produkcja większej roli przy rozdaniu Oscarów raczej nie odegra. Niemniej jednak stanowi zapowiedź rzetelnego seansu, który dostarczy zarówno sporo rozrywki, jak i zmusi do myślenia oraz oceny zachowania głównej bohaterki. Pozytywnie ocenić trzeba zagranie twórcy, które polegało na rozłożeniu fabuły na kilku bohaterów, a nie tylko na tytułowej Tonyi, bowiem mogłoby się okazać, iż spektakl jednego aktora nie jest w stanie zaspokoić oczekiwań wymagającego widza.

Ocena: 8/10

Nieustraszona pogromczyni każdej pozycji filmowej bez względu na to, czy ma zmierzyć się z klasykiem kinowym, czy polską komedią romantyczną. Dzień bez obejrzanego filmu, jest dniem straconym. Jej mottem życiowym jest: good films make your life better, choć kino klasy B także ma swój urok.