Po najnowszym filmie Paula Thomasa Andersona oczekiwałam wiele. Od reżysera takiej perełki jak Aż poleje się krew czy nietypowego kryminału jak Wada ukryta po prostu wymaga się więcej. Zapowiedź, iż ma być to ostatni w aktorskiej karierze obraz Daniela Day-Lewisa tylko podnosi poprzeczkę, która ustawiona została na pułapie niemal arcydzieła. Przeważnie nadmiar oczekiwań fatalnie wpływa na odbiór projekcji, sprowadzając ją do pogoni za niemożliwym. Jednak, co jeżeli Amerykaninowi udało się przełamać barierę wymagań i w pełni zaspokoić oczekiwania widza?

Nić widmo na pierwszy rzut oka zdaje się być filmem kostiumowym. Nie sposób na wstępie już nie zwrócić uwagi na zjawiskowe kostiumy – zarówno te, w które ubrani są bohaterowie, jak i te dopiero powstające na oczach widza. Obraz Andersona pod względem gatunkowym jest jednak o wiele bardziej złożony – hybrydyczność dramatu z unoszącym się w powietrzu erotyzmem sprawia, iż pomimo wątłej fabuły trudno od ekranu oderwać wzrok. Reynolds Woodcock, najsłynniejszy w całym Londynie (choć lokalizacja w filmie nie odgrywa większej roli, pozwalając odczytywać historię w uniwersalnym kontekście) krawiec, niespodziewanie zakochuje się w kelnerce o imieniu Alma. Z pierwszych scen trudno wyczuć, czy będzie to jedynie przelotny romans, którym mężczyzna szybko się znudzi, czy długotrwałe uczucie. Jedno jednak wybija się wyraźnie na pierwszy plan – zasadniczo różniące się charaktery tych dwóch postaci oraz ich wzajemne uzależnienie się od siebie. Wprowadzona w progi domu muza, szybko zaburza rytm dnia codziennego krawca, zmuszając go do zachowań atypowych oraz będących wbrew jego naturze. Z uwagi na otoczenie głównego bohatera przez trzy silne kobiecie osobowości – nieżyjącą matkę pozostającą wciąż w pamięci Woodcocka, siostrę Cyril oraz Almę, wciąż wyczuwa się pewnego rodzaju napięcie związane z walką między tymi żeńskimi postaciami. Samą Nić widmo interpretować można jako wrażenie wciąż posiada czegoś, co się tak naprawdę wypuściło z rąk już dawno temu – Reynolds myślami stale powraca do przeszłości, a nawet teraźniejszość stara się uporządkować w ładzie z minionymi wydarzeniami.

Za fenomen filmu Andersona odpowiada przede wszystkim gra aktorska – Daniel Day-Lewis w swojej roli wypada rewelacyjnie: neurotyk pochłonięty swoją pracą o niezwykle subtelnych gestach oraz bardzo charakterystycznej mowie. Z oglądania Anglika na ekranie czerpie się niemałą przyjemność, a dodatkowo świetnie wypada on w duecie aktorskim z Vicky Krieps wcielającą się w Almę. Luksemburka ma już w swoim dorobku kilkanaście ról, jednak dopiero ta przynieść jej może prawdziwy przełom. Należy dodać, że świetnie poradziła sobie u bok tak doświadczonego aktora. Trio dopełnia Lesley Manville, która została uhonorowana za swój występ nominacją do Oscara.

Mocna obsada aktorska to nie wszystko – Nić widmo to przepiękny spektakl wizualny. Zdjęcia Anderson zostały przemyślane w najmniejszym calu, a co więcej często nawiązują do klasyków filmowych, dzięki czemu sam seans nabiera intertekstualnego wymiaru. Kadrowanie, oświetlenie oraz rozmieszczenie przedmiotów – zdaje się, że twórca opanował nawet najmniejsze detale, czyniąc ze swojego dzieła istny majstersztyk. Całość dopełnia perfekcyjnie rozpisana muzyka autorstwa Jonny’ego Greenwooda, do której chce się powracać także po seansie. Podkreśla ona atmosferę konkretnych scen, dopowiadając to, czego nie są w stanie wyrazić słowa.

Nić widmo, przed którą stawiano naprawdę spore wymagania, była w stanie je spełnić. Paul Thomas Anderson zagwarantował nam niezapomniane pod względem wizualnym oraz muzycznym widowisko, do którego chętnie będzie powracało się po miesiącach. Ponadto spokojna, uproszczona fabuła pozwala snuć rozmaite wątki interpretacyjne. Czego zatem chcieć więcej?

Ocena: 9,5/10

 

Nieustraszona pogromczyni każdej pozycji filmowej bez względu na to, czy ma zmierzyć się z klasykiem kinowym, czy polską komedią romantyczną. Dzień bez obejrzanego filmu, jest dniem straconym. Jej mottem życiowym jest: good films make your life better, choć kino klasy B także ma swój urok.