Martin McDonagh to z pewnością jeden z bardziej charakterystycznych współczesnych twórców pochodzenia irlandzkiego. Zdobył uznanie jako szanowany dramatopisarz, a jego debiut ekranowy miał miejsce w 2004 roku i był nim krótkometrażowy Sześciostrzałowiec, który szybko zdobył uznanie widzów i krytyków (o czym świadczyć może Oscar dla najlepszego krótkometrażowego filmu aktorskiego). Teraz McDonagh ma szansę na kolejną statuetkę, gdyż jego najnowszy obraz — Trzy billboardy za Ebbing, Missouri, uzyskał nominację w kategorii “najlepszy film”. Czy wszystkie pochwały zbieranego przezeń są zasłużone?

             Fabuła nie należy do najbardziej skomplikowanych — córka Mildred Hayes została zabita i zgwałcona na drodze prowadzącej do jej domu, jednak pomimo upływu paru miesięcy śledztwo dalej stoi w miejscu. Kobieta postanawia wynająć więc tytułowe billboardy, na których zamieszcza przekaz skierowany do miejscowej policji i ich komendanta, Billa Willoughby’ego. Nie przebiera ona w słowach, co wywołuje poruszenie wśród okolicznej społeczności, darzącej funkcjonariusza sporą sympatią. Stopniowo zaczynają się oni od niej odwracać, a sprawę utrudniają jeszcze bardziej organy ścigania, stawiające sobie za główny cel znaleźć wszystko co można na kobietę i pomagających jej przyjaciół.

            Bez wątpienia jedną z najmocniejszych stron produkcji jest bardzo mocna obsada aktorska. Frances McDormand, kojarzona do tej pory głównie z rolą policjantki Marge Gunderson w hicie braci Cohen Fargo, stworzyła niesamowicie przekonującą kreację matki, której córka została pozbawiona życia w wyjątkowo brutalny i okrutny sposób. Wypadła naturalnie i momentami jej żądza złapania mordercy za wszelką cenę może nawet przerazić widza. Równie dobrze wypadł Sam Rockwell, czyli oficer Dixon. Aktor współpracował już z McDonaghem przy tworzeniu 7 psychopatów i można odnieść wrażenie, że ich połączenie sił jest korzystne dla obu stron. Wyjątkowo przyjemnie ogląda się go w lekko przerysowanych postaciach kreślonych przez irlandzkiego reżysera, głównie ze względu na potencjał dramatyczno-komediowy drzemiący w Amerykaninie i pozostaje mieć nadzieję, że ten duet stworzy jeszcze ze sobą parę obrazów. Słowa uznania należą się też Woody’emu Harrelsonowi grającemu Billa Willoughby’ego. Jest on ekranowym przeciwieństwem Dixona, zawsze spokojnym, stonowanym szefem policji, działającym racjonalnie i nie dającym ponosić się emocjom.

            Pochwalić należy też zdjęcia Bena Daviesa. Potrafią one zachwycić, szczególnie gdy mowa jest o plenerach. Gdyby nie makabryczna historia skrywana przez to małe, amerykańskie miasteczko, można by spokojnie rzec, że chciałoby się w nim żyć. Porządną robotę wykonał też Carter Burwell odpowiedzialny za muzykę, dobraną w odpowiedni sposób i podkreślającą dzięki temu wiele scen (doskonałym tego przykładem jest sekwencja, w której kamera podąża za oficerem Dixonem do agencji reklamowej).

            Podsumowując, Martin McDonagh stworzył dzieło wielowarstwowe. Dotyka ono wielu problemów współczesnego świata — takich jak choćby rasizm, przemoc, samosądy, ale też pokazuje, że wszędzie jest miejsce na przebaczenie i wewnętrzną zmianę. Bohaterowie przedstawieni na ekranie nie są jednowymiarowi, mają swoje jasne i ciemne strony, co tylko wzmacnia immersję i wiarygodność. Pozostaje życzyć reżyserowi wygranej statuetki i czekać na kolejne dzieło, miejmy nadzieję równie dobre, o ile nawet nie lepsze.

ocena: 9/10

Student filmoznawstwa, wielki pasjonat filmów i dobrej muzyki. W wolnych chwilach zawsze coś ogląda, by mieć co zrecenzować. W związku z tym najłatwiej go spotkać w kinie.