O Wieży. Jasnym dniu było głośno już od pierwszego pokazu na zeszłorocznym Festiwalu w Gdyni. Wprawdzie pełnometrażowy debiut Jagody Szelc nie wyjechał stamtąd z główną nagrodą, ale dało się słyszeć głosy, że bardziej zasługiwał na Złote Lwy niż Cicha noc. Przed wizytą w polskich kinach film prezentowano jeszcze na prestiżowym Berlinale w sekcji Forum. Czy warto było czekać?

Zaczyna się niemal jak kultowe Coś Johna Carpentera. Ujęcia z lotu ptaka, momentalnie wprowadzająca niepokój muzyka i niby znajome, ale jakoś dziwnie odległe krajobrazy. Zamiast biegnącego psa śledzimy zmierzający gdzieś samochód. W aucie siedzi młode małżeństwo, Andrzej i Anna z dziećmi, oraz jego siostra, Kaja. Jadą do domu najstarszej z rodzeństwa-Muli, gdzie za parę dni ma odbyć się Komunia Święta jej córki, Niny. Błyskawicznie dowiadujemy się jednak, że biologiczną matką dziewczynki jest Kaja, o czym samo dziecko nie ma pojęcia. Pojawienie się długo niewidzianej kobiety wprowadzi w życie rodziny nieoczekiwany zamęt.

Skojarzenie z legendarnym amerykańskim horrorem z lat 80. nie jest przypadkowe, bo Jagoda Szelc od samego początku świadomie korzysta ze środków charakterystycznych dla kina grozy i zaszczepia w widzu przeczucie najgorszego. Niby wszystko jest tu na swoim miejscu, dom na wsi, spotkanie rodzinne przy okazji Komunii, otoczenie sielskiej natury, ale zdajemy sobie sprawę, że nie będzie to kolejna nudna opowieść o skłóconych krewnych czy typowej polskiej familii. Młoda reżyserka nie dokonuje w swoim filmie żadnej formalnej rewolucji tylko znakomicie operuje sprawdzonymi chwytami, co daje zaskakująco świeże i bezpretensjonalne efekty. Mamy tu więc kamerę z ręki bacznie obserwującą poszczególne postaci, zazwyczaj w półzbliżeniach lub zza pleców, intensyfikację dźwięków przyrody urastającej do miana osobnego bohatera, konsekwentny montaż, który nie pozwala na żadne długie ujęcia czy większe monologi, czasami niejako rozdzielając dwie perspektywy obecne w utworze.

Właśnie ta dwoistość świata przedstawionego zostaje wyróżniona w sposób najbardziej frapujący. Przybycie Kai, która już po wyjściu z samochodu jawi się jako osoba nieco dziwna, wycofana, nieprzystająca do reszty bohaterów, dokonuje się na kształt wkroczenia obcego, niepożądanego elementu w uporządkowaną, spójną przestrzeń. Przypomina to trochę nieoczekiwaną wizytę Charlesa Crossleya w domu państwa Fiedlingów w rewelacyjnym Krzyku Jerzego Skolimowskiego, z tą różnicą, że kobieta nie pojawia się znikąd, ale zostaje zaproszona, pomimo oczywistych wątpliwości ze strony Muli i jej męża. W niektórych scenach poszczególne ujęcia celowo koncentrują naszą uwagę najpierw na prawie całej rodzinie, a dopiero później śledzą Kaję, zaznaczając wyraźną granicę, jaka dzieli ją od reszty. Nie chodzi tu tylko o podkreślenie odmienności, ale również wyeksponowanie osamotnienia bohaterki oraz symboliczne skierowanie na nią uwagi, przywrócenie głosu, który praktycznie odbiera jej siostra podczas pierwszej rozmowy. Oprócz wzruszającej sceny wspólnego spaceru Muli z Kają, kiedy kobiety wspominając dzieciństwo, odzyskują namiastkę dawnej więzi, traktuje się ją trochę jak trędowatą, a trochę jak potencjalnego wroga. Wrażenie rozszczepienia rzeczywistości ekranowej potęgują jeszcze sceny sytuujące się gdzieś w przedziale surrealistyczno-wizyjnym na czele z obrazem dymiącego się (?) drzewa i psa nerwowo rozkopującego ziemię.

Reżyserka układa historię bohaterów z niepełnych, nie do końca przejrzystych lub całkowicie zakrytych przed widzem kształtów. O przeszłości rodziny dowiadujemy się niewiele, reprezentuje ją schorowana matka Muli, Kai i Andrzeja. Relacje samego rodzeństwa, a zwłaszcza ich możliwe warianty z okresu dorastania też musimy spróbować ułożyć sami. Podobnie rzecz ma się z dwojgiem małżeństw, ale nie chodzi tu o niepotrzebne doszukiwanie się zaczątków rozpadu, tylko raczej o zrozumienie osobistego stosunku partnerów do zaistniałych okoliczności i analizę niektórych reakcji. Najbardziej zamgloną, niedostępną częścią narracyjnej łamigłówki pozostaje życie Kai. Ona sama spotyka się z rodziną po kilku latach nieobecności i braku jakiegokolwiek kontaktu. Jest prawie taką samą zagadką dla bliskich, co dla widzów. Te wszystkie niedopowiedziane albo niewyjaśniane kwestie-czarne plamy filmowej mapy nie zaburzają wcale odbioru opowieści tylko błyskotliwie dopełniają strategię twórców portretujących świat niepewny poznawczo, na granicy jawy i snu (czasem koszmaru), w którym tajemnicze odgłosy w ścianie mogą być jednocześnie złudzeniem i prawdą. Otwierają przy tym szerokie pole do niekończących się dyskusji nad ukrytymi w nim znaczeniami.

Osobne wyrazy uznania należą się zespołowi aktorskiemu składającemu się z twarzy mało znanych i niezbyt doświadczonych. Każda postać zaznacza tu swoje miejsce, żadna się zanadto nie wyróżnia, jak we wzorcowej orkiestrze, dzięki czemu nie ma fałszywych nut, zagrywania się oraz podziału na gorszych i lepszych. Nawet jeżeli nie każdy dialog brzmi wiarygodnie, naturalność aktorów pozwala przymknąć na to oko.

Wieża. Jasny dzień jest debiutem dokładnie przemyślanym i zrealizowanym z godną podziwu precyzją. Znajdziemy w polskim kinie niewiele pozycji, które można skojarzyć z tym pełnoprawnym dziełem. Jagoda Szelc zaczerpnęła z najlepszych wzorców, ale ani nie wykonała taniej podróbki, ani nie próbowała dokonywać przełomów, co poskutkowało stworzeniem hipnotyzującego i wielowymiarowego kina gatunkowego, z którego możemy być dumni.

Ocena: 8/10

 

Student filmoznawstwa (nie z przypadku). Wielbiciel kina irańskiego, czeskiego, chińskiego, koreańskiego. Uważa, że kamera filmowa została wynaleziona po to, by Chan-wook Park mógł nakręcić Oldboya.