Rodzina z trojgiem dzieci mieszka na odległej farmie. Wydawać by się mogło, że życie tych ludzi wcale nie różni się od reszty, ale ich egzystencja w rzeczywistości jest przetrwaniem w miejscu wypełnionym okropnymi potworami reagującymi na każdy dźwięk. Główni bohaterowie nauczyli się całego kompleksu specjalnych gestów, które pomagają im komunikować się ze sobą bez wydawania pojedynczego dźwięku. Wszyscy muszą poruszać się bardzo cicho, aby niebezpieczne stworzenia ich nie słyszały. Jednak dom, w którym mieszkają dzieci, nie może być najcichszym miejscem na ziemi.

Pierwsze, co się rzuca w oczy w produkcji, to całkiem oryginalny pomysł. Ciche miejsce należy do takiego rodzaju dreszczowców, które przerażają nie strasznością potworów, tylko niespodziewanymi zawrotami akcji. Dzikie stwory ukażą się na ekranie zaledwie kilka razy, natomiast strach, skumulowany w trakcie kilku pierwszych minut, nie opuszcza aż do końca. Ciągły bezgłos sprawia, że nerwowość bohaterów błyskotliwie zaraża widzów. Od początku widzimy, że cisza powinna być zachowana ponad wszystko. I od razu reżyser wpędza nas w napięcie, które zabiera oddech. W opuszczonej aptece matka ostrożnie, wolno i z pełnym skupieniem stara się wyciągnąć potrzebną buteleczkę z tabletkami dla chorego syna. Nieśpiesznie podnosi potrzebny lek, zahacza nim o ten, co stoi obok i serce zamiera, kiedy patrzymy, jak blisko hałasu jest wahający się słoiczek. Następna scena: najmłodszy synek wstaje na pudło, żeby z górnej półki w porzuconym sklepie wziąć piękny samolot. Staje na paluszkach, wyciąga rękę i… zrzuca zabawkę na podłogę. Nie wiem jak wy, ale ja wcisnęłam się w fotel.

John Krasinski proponuje widzowi się zanurzyć w świat, zrobiony na twardą dziesiątkę. Wyludniała i wyblakła sceneria, zrobiona w najlepszych tradycjach The Walking Dead (2010), daje nam poczuć samotność, wieczny niepokój i beznadzieję, na którą nasza rodzinę skazano. Dorośli akceptują tę brutalną bezkompromisową rzeczywistość i uczą tego swoich dzieci. Dbają oni o relacje, spokój i miłość w domu, integrację oraz edukację. Ciche miejsce to świetny reżyserski debiut Krasinskiego w gatunku horrorów, gdzie wraz ze swoją żoną Emily Blunt zagrali główne role. Dzięki chemii, którą podzielają poza ekranem, na ekranie stworzyli żywą, silną i kochającą rodzinę, gdzie za każdego członka martwisz się jak za własnego. Ciekawie patrzy się na to, jak to wychowanie dzieci odbywa się w absolutnej ciszy: bez krzyków, skandali, trzaskania drzwiami. Nowe warunki życiowe uczą cierpliwości, a z uwagi na to, że głośne zachowanie grozi życiu, każda emocja przeżywa się ostrzej. Widząc sielankę, na którą składa się dom w lesie, prowadzony tak, jak modny teraz ruch hygge nakazał, piękny krajobraz, rodzinne relacje pełne miłości i wyrozumienia, na chwilę zapominamy o panującym dookoła koszmarze. I zgodnie z prawem gatunku, ten raj na ziemi nie trwa długo: nadchodzi moment, którego i tak wszyscy się spodziewali, a który i tak jest straszniejszy, niż można było się domyślić.

Ciche miejsce jest gatunkową perełką. Nie mogą jej ominąć ani zwolennicy dreszczowców, ani lubiący dobre, ambitne kino. Dramat familijny idealnie miesza się z apokaliptycznym horrorem, tworząc przy tym genialny thriller. Kilka przewidywalnych momentów łatwo się wybacza na końcu, ponieważ jest to dzieło, które będzie kojarzyło się wam z ekscytacją, dreszczami czy trwogą. A po obejrzeniu zostawi przyjemny posmak.

Ocena: 9/10

Jestem zapałką – od razu zapalam się pomysłami, przedsięwzięciami, ciekawością ludzi. Uwielbiam kino, dla beki pójdę nawet na “50 shades of grey”. I tylko jeden jedyny film zasługuję u mnie na 10/10: “Control” Antona Corbijna.