Z filmami przygodowymi opartymi przede wszystkim na grach komputerowy jest pewien problem, za wszelką cenę chcą być takie same jak ich graficzne oryginały. Jednak nie wszystko zawsze wychodzi tak, jak planował sobie reżyser i tak, jak spodziewali się tego fani. Ten rok jest, albo będzie, bardzo obfity w produkcje powstałe na bazie gier video, teraz Lara Croft zawładnęła publicznością, a (jak pan Bóg da) w okresie wakacyjnym zobaczymy Nathana Drake’a. Mamy powody do radości, bo dzieła tego gatunku cieszą się ostatnio dużą popularnością. Nawet sama dbam o to, oglądając Tomb Raidera trzy razy, a w najbliższej przyszłości szykuje mi się, chyba, kolejny seans i mimo dorosłości za każdym razem podchodzę do tego z dziecięcą radością.

Tegoroczny Tomb Raider spokojnie możemy zaliczyć do dzieł z gatunku guilty pleasure. Nie ma się czego wstydzić w tym przypadku, bo akurat „nowa” Lara Croft prezentuje się znośnie, a oglądanie jest bardzo przyjemne. Jednak trzeba zaznaczyć, że ekranizacja nie wpasuje się ani trochę w gusta starszej publiczności, trzeba do tego podejść zupełnie inaczej, bez wyobrażania sobie wielkich cudów, bo takich niestety nie ma. Historia jest w stanie zaciekawić, ale niestety młodszą publikę, a opiekunowie mogą się znudzić.

Twórcy zadbali o fabułę, przedstawiając główną bohaterkę przede wszystkim jako tytułową Tomb Raider, prowadząc ją po lasach i morzach, a w szczególności do grobowca Himiko. Mamy do czynienia z miłą, przyjazną, a zwłaszcza bezpieczną opowieścią. Historia zmagań Lary przyciągnie do kin tłumy, ale to, czy wyjdą z nich zachwyceni, jest sprawą drugorzędną. Zdaję sobie doskonale sprawę, że nowa wersja Lary nie przypadnie każdemu do gustu, a w wielu przypadkach skończy się miłość do Tomb Raidera.

Odświeżenie historii i postaci Lary Croft było dobrym pomysłem, bo jestem w stanie się założyć, że dzisiaj mało który młody człowiek kojarzy tę postać i historię, na której wychowywało się moje pokolenie. Nie wszystko zostało przedstawione tak, jak powinno, a twórcy skupili się na przeniesieniu obrazu znanego z gry na kinowy ekran. Wszystko to śmiesznie, bo, siedząc przez niecałe dwie godziny w fotelu, jesteśmy w stanie bez pomocy kontrolera, czy jak kto woli pada, przejść całą fabułę. Nie zrozumcie mnie źle, ale jest to jawne ściąganie z gry. Pojawiało się wiele chwil, które są tego najlepszymi przykładami, a odwołań do nich znajdziemy w większości gier fabularnych dostępnych na konsole. Moment, gdy Lara dopasowuje klejnoty, powtarzając rymowankę, albo otwiera wrota grobowca, możemy zaliczyć spokojnie do elementów idealnie wpisujących się w tę tematykę. Brakowało tylko kolejnych poziomów, a nasza bohaterka sama bez niczyjej pomocy dawała sobie radę. Najlepszym tego przykładem będzie szybki kurs walki, jaki przeszła główna postać: na początku Lara przegrywa z przeciwniczką podobnej klasy wagowej, natomiast w czasie rozpoczęcia poważniej „gry” bezproblemowo powala na kolana silnego mężczyznę. Zbyt bezpiecznie i zbyt pod publikę, a dużym zmartwieniem jest brak jakiegokolwiek zagrożenia dla Lary. Wszystko prosto, płytko i pobieżnie. Nie możemy w tym wypadku za dużo oczekiwać, pomimo dużej straty, która dotyka nie tylko dla nas. Przez co, kolejny film chcący się wybić na szałowym tytule Tomb Raider nie będzie miał tak łatwo.

Myślę, że wielu osobom podczas oglądania brakowało pada, a co więcej, oczekiwali, żeby ekran chociaż na chwilę przybrał odcienie szarości, a serce Lary zaczęłoby być głośniej i mocniej. Może wtedy byłoby to lepsze. Jednak jak powiedziałam, tegoroczny Tomb Raider ląduje na mojej liście guilty pleasure, a wrócę do niego jeszcze nie raz, chyba, że miejsce Lary zajmie niedługo pan Drake, na co podświadomie liczę.

Ocena: 8/10

Największa fanka autocada i BIMu. Hobbistycznie miłośniczka malarstwa XIX i XX wieku z naciskiem na: Degasa, Klimta i Bacona. W czasie wolnym szuka filmu idealnego, po którym z czystym sumieniem będzie mogła określić X muzę sztuką.