Manifesto (2016) w reżyserii Juliana Rosefeldta

Bardzo ryzykuję, polecając Wam Manifesto (2016). Nie jestem nawet pewna, czy moja interpretacja tej produkcji jest prawidłowa. Aczkolwiek, odbierając ją inaczej, nie da się tego znieść. Niemniej jednak, Manifesto to na tyle warty uwagi dar współczesnej kinematografii, że byłoby bardzo szkoda go ominąć ze względu na to, że jest niewiarygodnie specyficzny.

Debiut reżysera Juliana Rosefeldta pokazuje trzynaście wcieleń Cate Blanchett. Aktorka w roli nauczycielki/robotnicy/gospodyni czy rosyjskiej Ballettmeister wygłasza trzynaście najważniejszych (zdaniem reżysera) manifestów artystycznych XXa wieku. Fabuła filmu nie jest opowieścią o historii sztuki, tylko aktorskim popisem Cate. Każde jej mikro wcielenie to zamknięta harmonijna opowieść z osobnym podłożem, dekoracjami, akcentem, poziomem dynamiczności czy też…. Chciałabym napisać przekazem, jednak już po czwartej lub piątej etiudzie treści zacierają się, a później swoją podobizną nawet zaczynają irytować. Najprawdopodobniej zostanę skrytykowana przez studentów ASP, ale te wydęte, pretensjonalne i szalenie identyczne monologi w stylu “I am for potato art” nie wnoszą niczego nowego do rzeczywistości. Na tym właśnie polega geniusz Manifesto? Cate swoją doskonałą grą obnaża cały absurd manifestów, które po kolei kilkakrotnie sobie zaprzeczają, a ich pretensjonalna pycha jest dodatkowo podkreślana w realiach ciężkiej pracy fizycznej czy wygłaszaną przez błąkającego się bezdomnego mężczyznę. Aktorstwo Blanchett to jej triumf nad kompleksami, sztuką współczesną, patosem i nawet samym kinem. Poprzez swoje transformacje aktorka odrzuca sam fakt tego, że projekt, w którym uczestniczy, ledwo można nazwać filmem. Pójdźcie do kina. Obejrzycie. I wyjdziecie zachwyceni.

Ocena: 9/10

 

Gold (2016) w reżyserii Stephena Gaghana

Jeśli stęskniliście się za Matthew McConaughey, to najwyższy czas pójść na Gold (2016). To historia, która dynamizmem, sposobem kręcenia czy nawet trochę fabułą przypomina Wilka z Wall Street (2013). Bardzo udany projekt, gdzie wypełnione papierami, prostytutkami i kokainą biurowce są zamienione w przepiękne dżungle. Film Gaghana, przyprawiony olśniewającym uśmiechem Matthew, stanowi świetny przepis na udany wieczór.

Kenny Wells jest współczesnym poszukiwaczem złota, nieustępliwym kapitalistą oraz marzycielem, który desperacko czeka na szansę przełamania złej passy. Pozbawiony wyjścia z dziury długu, Wells proponuje  swojemu przyjacielowi-geologowi spróbowanie szczęścia w indonezyjskiej dżungli.

Gold jest ciężko nazwać kinem ambitnym, aczkolwiek charyzma McConaughey po prostu nie pozwoli wam pomyśleć o tej produkcji źle. Aktor tak hojnie demonstruje swój talent, że w cieni tego skarbu tracą kolor wszystkie pozostałe barwy. Wciąż promieniuje charyzmą, nawet z łysiną, brzuszkiem i sztucznym zębem. Jego postać wygląda o wiele szlachetniej, niż osoby z podobną historią (na przykład wspomnianej już wcześniej Jordana Belforta, zagranego przez Leonardo Dicaprio). Podczas gdy finansista ciężko pracował za biurkiem, nie wypuszczając telefonu z ręki, Kenny Wells z sercem oddawał swoje zdrowie ziemi, ledwo nie umarł na malarię, przeszedł wszystkie trudy mieszkania w ciężkich warunkach. Z drugiej strony, pomimo obecności wielu drastycznych scen, jest to o wiele łagodniejsza i przyjemniejsza pozycja, niż wspomniane wcześniej dzieło Scorsese. Gold ma kilka głównych motywów. Pierwsze sceny zapowiadają typowy film o sukcesie i odbijaniu od dna. Później przebiera on barwy biografii o wpływowym człowieku, którego sprzyjające szczęście mocno wytrąca z równowagi. Na końcu widzimy, że całość była historią zwycięskiej przyjaźni.

Gold nie docenili ani jurorzy Oscarów, ani jurorzy Złotych Globów, co nie przeszkodziło promieniującemu talentu McConaughey podbić serca widzów. Jest on dobrym szkieletem przewidywalnego, ale porządnej i energicznej komedio-dramy.

Ocena: 7/10

 

Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie (2016) w reżyserii Paolo Genovese

Włoska komedia, nakręcona w stylu Rzezi (2011) Polańskiego, zawiera w sobie dobrą dawkę błyskotliwej mizantropii. Ma w sobie ciekawe wątki dramatyczne, które na pewno wywołają u widzów refleksję, a wciąż pozostawi ich w dobrym humorze.

Siedmioro serdecznych przyjaciół spotyka się przy domowej kolacji. Jeden z nich pół żartem pół serio proponuje grę: czytać na głos wszystkie wiadomości SMS i odbierać połączenia, włączywszy głośnik. Reszta entuzjastycznie się zgadza, nie zdając sobie sprawy, w jaki koszmar obróci się ich wyciąganie szkieletów z szaf…

Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie zawiera w sobie dziesiątki tajemnic i niespodziewanych skrętów scenariusza. To komedia, w której żarty natychmiast są zastępowane dramatami, a słodkie chwile ukazują tragiczne podwójne dno. Paolo Genovese rozpoczął swoją karierę jako autor spotów reklamowych. Najprawdopodobniej właśnie to pomogło mu wyczuć najbardziej aktualny dla społeczeństwa temat. Całe nasze życie jest zawarte w urządzeniu, które mieści się w dłoni. Często właściciele smartfonów nawet sobie nie zdają sprawy, jak mocno chcą oni chronić swoje komórki od najbliższych. Świetnym przykładem takich osób są bohaterowie filmu. Apetyt rośnie w miarę jedzenia i im więcej prywatności za pośrednictwem połączeń przychodzących i smsów odsłaniają oni swoim kolegom, tym więcej ci ostatni chcą wiedzieć i kontrolować. Włoska produkcją jest odą współczesności i hipokryzji, która nie szczędzi nawet najbardziej idyllicznego związku.

Pójście na ten film ze swoją drugą połówką zdecydowanie nie jest dobrym pomysłem, ponieważ refleksje po nim mogą przerazić nawet najbardziej udane związki. Aczkolwiek pozbawienie siebie przyjemności z oglądania tego wartego uwagi dzieła  byłoby stratą dla każdego, kto lubi kino ambitne.

Ocena: 8/10

Jestem zapałką – od razu zapalam się pomysłami, przedsięwzięciami, ciekawością ludzi. Uwielbiam kino, dla beki pójdę nawet na “50 shades of grey”. I tylko jeden jedyny film zasługuję u mnie na 10/10: “Control” Antona Corbijna.