Wes Anderson to reżyser bardzo specyficzny. Poprzez używane przez niego kolory, scenografię i wszechobecną symetrię wyjątkowo łatwo poznać jego film, nawet jeśli jeszcze chwilę wcześniej nie wiedzieliśmy, kto go nakręcił. Nie inaczej jest z najnowszą produkcją amerykańskiego twórcy, Wyspą psów.

Przyszłość. Dystopijne japońskie miasto Megasaki. Funkcję burmistrza pełni w nim głowa rodziny Kobayashi, miłośników kotów. W ramach walki ze zwiększającą się liczbą psów i szerzącą się wśród nich psią grypa podejmuje on decyzję nakazującą zesłanie wszystkich tych czworonogów na „wyspę śmieci“. Jako pierwszy na to swoiste wygnanie udaje się Ciapek Kobayashi, należący do bratanka autorytarnego burmistrza. Sześć miesięcy później ów bratanek wyrusza wyspę w celu uratowania swojego przyjaciela. Spotyka tam piątkę innych psów i wraz z nimi musi stawić czoła niebezpieczeństwom wędrówki.

Choć fabuła pierwotnie wydaje się dość prosta, to gdy przyjrzymy się jej dokładnie, dostrzeżemy, iż Anderson snuje rozważania nie tylko nad losem czworonogów, ale też choćby autorytarną władzą pragnącą pozbyć się znienawidzonych przez siebie osobników (nie przypadkowo burmistrza zawsze widujemy w towarzystwie kotów i wciąż słyszymy o nim, iż nie darzy psów szacunkiem). Bardzo żywe są również tematy dotyczące korupcji w świecie polityki czy fałszowania wyborów oraz bolesnych eksperymentów na zwierzętach, wywołujących u nich olbrzymie cierpienie. Ten drugi wątek od razu przywodzi na myśl film The Plague dogs Martina Rosena opowiadający o ucieczce dwóch psów z laboratorium badawczego. Sam Anderson zaznajomiony jest z twórczością Rosena, a inną produkcję angielskiego reżysera  (Wzgórze królików) wymienia nawet jako swój ulubiony.

Wśród obsady, której głosy usłyszymy podczas seansu, nie zabrakło głośnych nazwisk. W obsadzie znajdziemy między innymi Billa Murraya i Edwarda Notrona, a więc aktorów współpracujących już z Andersonem przy okazji pozostałych dzieł, ale mamy też osoby nowe — Bryan Cranston (pomyśleć, jak jedna rola rozwinęła karierę aktora znanego na początku lat dwutysięcznych w Polsce głównie z postaci Hala w Zwariowanym świecie Malcolma), Frances McDormand czy Gretę Gerwig.

Warto wspomnieć jeszcze o dość interesującym zabiegu Andersona, o którym poinformowani jesteśmy już na samym starcie projekcji. Otóż kwestie wypowiadane w języku japońskim nie zostają w filmie przetłumaczone (z wyjątkiem paru scen gdzie mamy do czynienia z tłumaczeniem diegetycznym dokonywanym przez bohaterów). Rozumiemy za to wszystko, co „mówią“ psy. Potęguje to jedynie uczucie izolacji względem ludzi i zarazem wskazuje na prawdziwych protagonistów — zwierzęta. Dzięki takiemu zabiegowi nie można mieć wątpliwości, na czyich losach powinniśmy się skupiać.

Słowo trzeba powiedzieć również o samej warstwie wizualnej. Jest to drugie podejście Amerykanina do animacji, a uściślając do animacji poklatkowej. Połączenie możliwości dawanych przez ten sposób kręcenia wraz ze stylem Andersona zapewnia doskonały efekt końcowy. Każdy kadr jest zrealizowany w wyjątkowo przemyślany sposób, choć w sumie do tego Teksańczyk zdążył już nas przecież przyzwyczaić. Żałować można, iż inni twórcy tak rzadko sięgają po ten rodzaj animacji, jednakże, jeśli zwrócimy uwagę na czas kręcenia takiego obrazu, decyzja ta staje się bardziej uzasadniona.

Wes Anderson wrócił z nowym filmem i pokazał wszystkim, że warto było na niego czekać. Wyspa psów to fantastyczna przygoda oraz opowieść o oddaniu i przyjaźni między człowiekiem i czworonogiem. Jest to również dzieło dopracowane w każdym szczególe, pełne nawiązań czy alegorii, w których każdy odnajdzie coś dla siebie, nawet jeśli woli koty od psów.

8,5/10

Student filmoznawstwa, wielki pasjonat filmów i dobrej muzyki. W wolnych chwilach zawsze coś ogląda, by mieć co zrecenzować. W związku z tym najłatwiej go spotkać w kinie.