Od ponad tygodnia każdy z nas w mniejszy lub większy sposób bierze udział we wszechobecnych hype na najnowszą część Avengersów. Przed premierą wytworzyły się miliony domysłów, ale dopiero po tym, gdy film wszedł na ekrany, pojawiły się kolejne miliony interpretacji dzieła Marvela. Nikt kto obejrzał produkcję, z pewnością się temu nie dziwi, bo nie dostajemy jednoznacznych odpowiedzi, na które każdy z nas liczył. Wyczekiwania stawały się ogromne i jestem w stanie założyć, że w 2018 roku nie pojawi się druga taka superprodukcja, powtarzająca, bądź przebijająca sukces Wojny bez granic. Deadpool musiałby się bardzo postarać, aby wbić na ten poziom. Niemniej jednak liczę na to, że i Han Solo, jak i Deadpool mnie zachwycą, a moje zdanie ulegnie zmianie.

Nowe Avengers zaczynają się niezwykle schematycznie. Główni bohaterowie, których znamy z poprzednich części bądź filmów dedykowanych, wiodą spokojne życie, aż w pewnym momencie otrzymują wezwanie do ratowania uniwersum. Tym razem muszą się zmierzyć z Thanosem – tyranem z niesamowitą wizją świata idealnego. Jego pomysł obejmuje zmniejszenie liczby ludności o tyle, by każdy w jego „nowej” rzeczywistości żył w dostatku. Do realizacji marzenia potrzebuje tylko sześciu kamieni, które ofiarowują posiadaczowi całkowitą władzę nad wszechświatem. Aby je odnaleźć musi pokonać Avengersów – właścicieli niektórych z nich. Początek jest prosty, ale jest to wstęp do prawdziwej uczty dla fanów Marvela. Wszystkie nasze ulubione postacie w jednym dziele, czy mogłoby być coś piękniejszego?

Trzeba przyznać, że twórcy obrazów z fabryki Marvela robią niesamowitą robotę. Na przestrzeni ponad dziesięciu lat powstała cała masa filmów, a każdy z nich odnosi sukcesy. Jest to kino, które wpasowuje się w gusta większej części społeczeństwa, a każdy lubi odpocząć przy miłej i przyjemnej superbohaterskiej produkcji. Przecież po to zostają tworzone, żeby zachwycać wizualnie, nie ma co doszukiwać się większych przesłań. Jednak możemy zaobserwować pewne niekonwencjonalne zjawisko, Avengers: Wojna bez granic dąży by być ponad to, ponad dzieła tworzone dotychczas, aby w przyszłości zaszokować widzów realizacją na najwyższym poziomie, który zdobędzie miano klasyka, a może nawet oscarową nominację.

Wojna bez granic może przygnieść nie jednego odbiorcę, bo spotykamy się z filmem, który został stworzony z wielkim rozmachem. Ogromna liczba superbohaterów, ich wątków, historii i zmieszczenie całości w stu czterdziestu minutach jest rzeczą, mogłoby się wydawać, niemożliwą. Reżyseria robi swoje, pomimo tego osoba nieobeznana w świecie Marvela po kilku minutach może się zgubić i przerazić. Twórcy wymagają od nas całkiem sporo, bo nie tylko wiedzy o poprzednich częściach Avengersów, ale również znajomości konkretnych wątków z życia głównych bohaterów. Przemieszczamy się pomiędzy różnymi lokalizacjami, aby chociaż na chwilę wejść w życie jednostek i zobaczyć ich walkę o kamienie z Thanosem. Niektóre z naszych ulubionych postaci dopiero poznają się w galaktyce, a inne, znane nam znajomości zaowocują przyjaźnią. Marvel nie byłby Marvelem, gdyby nie zawierał w sobie moralizatorskiego przesłania i miliarda efektów specjalnych. Pierwsze może być trochę przesadzone i wyciągnięte do maksimum. Natomiast efekty spodobają się wszystkim, bo są wyjątkowe i stworzone na najwyższym poziomie.

Bracia Russo zadziwili wielu odbiorców, liczę na to, że w 2019 roku powtórzą sukces lub podniosą sobie poprzeczkę jeszcze wyżej. Nie pozostaje nam nic innego, jak trzymać za nich kciuki, wierząc, że jeszcze niejeden film Marvela nam się spodoba i niejeden z nich pokochamy. Jeśli ktoś nie zdążył obejrzeć Avengersów, radzę jak najszybciej nadrobić ten błąd oraz na marvelowym hype zerknąć do innych produkcji tej marki.

Ocena: 8/10

Studentka architektury, zakochana w sztuce po brzegi. Czas pomiędzy rysowaniem kolejnych projektów spędza zazwyczaj w kinie albo w muzeum. Uwielbia stare, najlepiej nieme filmy, kino akcji i bajki Disneya.