Być może stwierdzenie, iż uniwersum Star War powoli, a przy tym chyba nieuchronnie, zaczyna przypominać uniwersum DC lub Marvela, jest na tę chwilę zbyt daleko idące, jednak ma swoje oparcie w rzeczywistości. Zagorzali fani dwóch starych trylogii z dużą dozą niepewności przyjęli najnowsze filmy produkcji Lucasfilm – Przebudzenie mocy oraz Ostatni Jedi. Nie da się ukryć, iż odbiegają one pod względem wykonania od poprzednich obrazów, jednak wciąż odnaleźć można między nimi wspólne elementy. Jeszcze większe wątpliwości wzbudził film Łotr 1, bowiem stanowił on niejako potwierdzenie, iż twórcy planują znaczne rozszerzenie fabularne świata Star Wars. Teraz doszliśmy do momentu, gdy powstaje produkcja opowiadające losy konkretnego bohatera, którego wydawałoby się, że już znamy. Czy zekranizowanie młodości Hana Solo było ryzykiem, którego warto było się podjąć?

Han Solo: Gwiezdne Wojny – Historie miał naprawdę słabą kampanie promocyjną, co trudno w jakikolwiek racjonalny sposób wytłumaczyć. Z pewnością o braku środków finansowych nie można mówić, a wszak z przyzwoitości większość widzów i tak wybierze się na właśnie ten seans. Tymczasem zaprezentowano zwiastuny produkcji, które nie zachęcały, a raczej zniechęcały do zapoznania się z historią Hana Solo. Jeśli twórcy wyszli z założenia, że lepiej przygotować odbiorcę na najgorsze, a potem zaprezentować mu całkiem solidną pozycję filmową, to wyszło im to naprawdę dobrze.

Fabuły nie warto zdradzać jakimkolwiek opisem, wystarczy wiedzieć, że ta historia należy do młodego Hana Solo. Swoją drogą, film między innymi odkrywa rąbka tajemnicy, czemu właściwie Solo, jak poznał Chewbaccę oraz dlaczego bohater został przemytnikiem. Należy przyznać, że tempo produkcji zostało umiejętnie wyważone – są sceny pełne napięcia, które zbalansowano poprzez dialogi postaci, przez co całość ogląda się całkiem płynnie. I choć może efekty specjalne u widza szczególnie nie wzbudzą zachwytu, typowych dla serii Star Wars przejść montażowych nie ujrzy, to wciąż cieszy dźwięk motywu muzycznego napisanego przez Johna Williamsa (choć tym razem za muzykę odpowiadał John Powell). Osobiście wydaje mi się, że produkcji Han Solo bliżej jest do Łotra 1, aniżeli do którejkolwiek z serii. Obraz w sposób wyważony posługuje się humorem, a i rozwiązania fabularne nie są tak przewidywalne jak w przypadku części głównej serii. Zatem dzieło w reżyserii Rona Howarda jest utworem nawiązującym do klasyki, ale jednocześnie umiejącym wyrwać się spod schematów oraz stworzyć coś nowego.

Nie umiem do końca ocenić występu aktorskiego Aldena Ehrenreicha wcielającego się w tytułowego bohatera. Miałam wrażenie, że oglądam zupełnie innego Hana Solo niż tego, do którego przyzwyczaił nas Harrison Ford. Nie powiedziałabym, że występ Amerykanina był nieudany – wbrew przeciwnie, umiejętnie odegrał swoją rolę, jednak traktuję go jako byt zupełnie odrębny od głównych części uniwersum Star Wars. Ciekawie z pewnością wypadł Woody Harrelson, który tylko potwierdził, że żadnego gatunku filmowego się nie boi oraz jak wszechstronnym aktorem potrafi być.

Przed seansem nie miałam żadnych oczekiwań i to pewnie dlatego całkiem dobrze się na projekcji Hana Solo bawiłam. Mimo że nie jest to film z serii, do którego będę często wracać, myślę, że twórcom udało się zaszczepić w mojej głowie chęć sięgnięcia po inne historie osadzone w świecie Star Wars. Czy żerowanie na popularności tego uniwersum nie obróci się przeciwko wytwórni filmowej, to okaże się dopiero po czasie, na razie jednak korzystają z kulturowego hype’u. Na razie nie jest tak źle, jak można było się tego spodziewać po zwiastunie.

Ocena: 7/10

Nieustraszona pogromczyni każdej pozycji filmowej bez względu na to, czy ma zmierzyć się z klasykiem kinowym, czy polską komedią romantyczną. Dzień bez obejrzanego filmu, jest dniem straconym. Jej mottem życiowym jest: good films make your life better, choć kino klasy B także ma swój urok.