Piotruś królik opowiada o przygodach małego i niespokojnego królika o imieniu Peter, który chce dostać się do ogrodu należącego do groźnego rolnika McGregora. Czeka tam na niego dużo smacznych warzyw, a wraz z tym przygody i niebezpieczeństwa.

Stosunki pomiędzy królikami i McGregorem są analogiczne do stosunków rodziców i dzieci. Nowy właściciel ogrodu, niczym tata, na początku walczy z nadaktywnymi maluszkami, które włażą tam, gdzie nie można, rozrabiają, nie słuchają starszych, psują rzeczy i robią swoje. Jedynym wyjściem dla postaci Gleesona jest zaopatrzenie się w cierpliwość i filozoficzne podejście do materialnych szkód. Będzie to też dotyczyło zderzenia jego londyńskiego pedantyzmu z wiejską sielanką.

Przewartościowanie własnego podejścia do rzeczywistości jest, co prawda, jedyną pozytywną rzeczą, której Piotruś Królik nauczy swoich widzów, bo poza tym produkcja uderza zniewagą do prawa własności i prywatności, sadyzmem i złośliwością. Ludzka logika podpowiada, że McGregor znajduje się na swoim terytorium i ma pełne prawo go bronić przed atakami warzywożerców. Reżyser jednak ukazuje go jako postać bezwzględnie negatywną, która przeszkadza miłym małym zwierzątkom świętować wieczne Święto Brzucha. W związku z tym pokaz tego filmu dzieciom wrażliwym i nadaktywnym nie jest wskazany: oni na pewno wyniosą z kinoteatru dużo niedobrych pomysłów. Tym bardziej, jeśli nie chcecie, żeby wasze dziecko zaczęło eksperymentować z kablami i gniazdkami. Cała ta waleczna otoczka, przypominająca Kevina samego w domu (gdzie Kevin bronił dom przed bandytami, a nie walczył o bezwarunkowy dostęp do cudzego jedzenia), ma się daleko od oryginału napisanego przez Beatrix Potter. W swoim czasie Walt Disney chciał wykupić prawa do ekranizacji tej bajki, jednak autorka stanowczo odmówiła. Dzisiaj historie o Piotrusiu króliku znajdują się w domenie publicznej i nikt nie stoi na przeszkodzie Columbia Pictures robić z nimi co się zechce. To nie oznacza, że Hollywood wykorzystuje te prawa źle. Produkcja udała się i kilkanaście razy potrafi roześmiać do łez nawet dorosłą osobę. Piotruś królik to prawdziwe kino familijne: dzieci chichoczą z niezgrabnej świni czy licznych dywersji, dorośli czerwienią się z innych powodów. Wszyscy uwielbialiśmy Jerry’ego za jego sadystyczne tricki nad Tomem. Niemniej jednak temu, kto wyrósł na bajkach miss Potter, taka ich interpretacja na pewno będzie boleć. Nie ma jednak tu żartów “poniżej pasa”. Jest jakościowy i dobry humor.

Życie na wsi ukazuje nasączoną soczystymi kolorami nieśpieszną sielankę, przeciwstawioną szaremu, pośpiesznemu Londynu. Zadbany ogród, przytulny stary dom, malowanie królików w wolnym czasie na zalanym słońcem tarasie działa na widzów odprężająco. Grafikę zrobiono na najwyższym poziomie: króliki są narysowane doskonale, co sprawia, że, będąc na jednym planie z aktorami, odbiera się je za równoprawne postacie. Tym bardziej, że mają ubrania, ludzkie głosy i dobrze przepracowane osobowości. Tak samo świetny graficznie i śmieszny merytorycznie był Paddington (2014).

Piotruś królik to dobry film, w którym ogólny obraz idealnie ukrywa moralne luki, często pojawiające się w komediach dziecięcych. To fajerwerk dobrych żartów, pięknych dekoracji, zabawnej gry aktorskiej i doskonałej grafiki komputerowej. To seans dobrego humoru.  I króliczej słodyczy!

Ocena: 8/10

Jestem zapałką – od razu zapalam się pomysłami, przedsięwzięciami, ciekawością ludzi. Uwielbiam kino, dla beki pójdę nawet na “50 shades of grey”. I tylko jeden jedyny film zasługuję u mnie na 10/10: “Control” Antona Corbijna.