Steven Spielberg gustuje w najróżniejszych gatunkach filmowych – poczynając od kina wojennego, poprzez przygodowe, zahaczając o dramaty, a na familijnym kończąc. Wielorakość pozwala nie tylko trafiać w gusta filmowe wielu odbiorców, ale z pewnością daje reżyserowi możliwość spojrzenia świeżym okiem na schematyczne rozgrywanie tematu. Najnowsza produkcja Spielberga trafiła na polskie ekrany niedługo po Czwartej władzy ubiegającej się o oscarowe statuetki. I o ile nominowane dzieło mogło rozczarowywać, to Player One okazuje się świetnym lekarstwem na tę bolączkę.

Rok 2045. Otaczająca rzeczywistość staje się trudna do zniesienia, stąd ludzie postanawiają uciec w wirtualność – OASIS. Większość życia toczy się w wykreowanym przez Jamesa Halliday’a świecie, w którym każdy może być kim chce. W swojej mowie pożegnalnej twórca postanowił nagrodzić całym swoim majątkiem pierwszą osobę, która zdobędzie tzw. easter egg’a. Rozpoczyna to wyścig nie tylko po pieniądze, ale również nieśmiertelną sławę.

Fabularnie Player One nie jest szczytem marzeń fanów kina przygodowego, jednak Spielberg umiejętnie potrafi zakryć wszelkie mankamenty scenariusza. Główny bohater skreślony został dość typowo – jako pozostawiony sam sobie nastolatek, który mierzy się zarówno z otoczeniem, jak i własnymi słabościami. Nie zabraknie także wątku miłosnego poprowadzonego na szczęście w subtelny sposób, a jednocześnie całkiem ciekawie ujętego – nawiązującego do znajomości zawieranych przez Internet. Same wyzwania postawione przed głównym bohaterem przywodzić na myśl mogą odrobinę czwartą część przygód Harry’ego Pottera – tę z Czarą Ognia i kolejnymi zadaniami, z którymi mierzyć musiał się czarodziej. Co zatem stanowi atut amerykańskiej produkcji odzwierciedlający się w wysokich ocenach wśród krytyków oraz publiczności?

Player One urzeka przede wszystkim odniesieniami do popkultury. Seans można spędzić, próbując odgadnąć, do jakiego obrazu nawiązuje dana scena. Niektóre odwołania są bardzo bezpośrednie – przykładowo do Lśnienia w reżyserii Stanley’a Kubricka, inne bardziej subtelne – takie jak Obcy. Spielberg, opierając się na dorobku kulturowym ostatnich lat, potrafił stworzyć dzieło, które łapie odbiorcę za serce właśnie z uwagi na ten upływ czasu. Bez wątpienia reżyser bawi się z widzem, podsuwając mu masę ukrytych zagadek, których nie da się rozwiązać podczas jednej projekcji. Po seansie aż chce się ponownie obejrzeć Player One, aby upewnić się, czy przypadkiem jakieś nawiązanie do innego obrazu nam nie umknęło.

Należy oddać Spielbergowi, że jego najnowszy film stanowi produkcję niezwykle dopracowaną pod każdym względem. Szara rzeczywistość kontrastuje z nasyconą kolorami wirtualnością – zarówno pod względem zdjęć, jak i scenografii, zadbano o najmniejsze szczegóły, pozwalając cieszyć oko przez całą projekcję. Wykorzystane kawałki muzyczne pozwalają odbiorcy cofnąć się w czasie, a tym samym idealnie dopełniają całą popkulturową podróż, w którą zabiera nas Amerykanin.

Nie da się ukryć, iż Player One nie stanowi popisu aktorskiego, choć zarzut złej gry aktorskiej byłby zbyt daleko idący. Młodzi odtwórcy ról wypadają na ekranie poprawnie, jednak nikt z tego grona ani nie wzbudza zachwytu, ani nie wyróżnia się. Trochę rozczarowująco zatem należy uznać występ Tye’a Sheridana wcielającego się w głównego bohatera, który wszak powinien stać się bożyszczem nastolatków oraz ikoną na miarę Jennifer Lawrence z Igrzysk śmierci.

Najnowszy film Stevena Spielberga bez dwóch zdań może się podobać. Stanowi on nie tylko przygodę z uwagi na swoją fabułę, ale przede wszystkim wspaniałą podróż po popkulturze, która wyznacza formę dzisiejszego kina, ale także codziennych zachowań. Oczywiście, gdyby nie zważać na te liczne odwołania, Player One stałby się pustą wydmuszką nieszczególnie ciekawą w odbiorze. Amerykańskiemu reżyserowi udało się jednak wykreować kino, które przyciąga uwagę widza przez cały seans, a co więcej nie pozwala o sobie zapomnieć przez kolejne wieczory.

Ocena: 8/10

Nieustraszona pogromczyni każdej pozycji filmowej bez względu na to, czy ma zmierzyć się z klasykiem kinowym, czy polską komedią romantyczną. Dzień bez obejrzanego filmu, jest dniem straconym. Jej mottem życiowym jest: good films make your life better, choć kino klasy B także ma swój urok.