Cztery lata przyszło nam czekać na kolejny film Romana Polańskiego. Ponownie reżyser postanowił osadzić akcję we Francji oraz współpracować z swoimi rodakami, a tym samym stworzyć kolejną polsko-francuską produkcję. Oczekiwania przed seansem były spore, zwłaszcza biorąc pod uwagę Emmanuelle Seigner w obsadzie – aktorkę, która potrafiła utrzymać zainteresowanie widza przez całą projekcję poprzedniego obrazu twórcy Wenus w futrze. Przyzwyczajeni do solidnych produkcji Polańskiego, ale ostudzeni przez umiarkowane zachwyty krytyków, rozpoczynamy typową dla reżysera grę w rozwiązywanie zagadek Prawdziwej historii tego co jest rzeczywistością, a co jedynie wytworem wyobraźni.

Sam opis fabuły wydaje się powrotem do najlepszych produkcji Polaka – bliżej niezdefiniowanej trylogii: Wstręt (1965), Dziecko Rosemary (1968) oraz Lokator (1976). Polański ponownie bierze na warsztat rozpad ludzkiej osobowości, wystawiając na próbę naszą umiejętność rozróżnienia prawdy od urojeń. Główna bohatera – Delphine, po wydaniu książki będącej bestsellerem, nie potrafi podjąć się kolejnej powieści. Jej niemoc odmienia przypadkowe spotkanie z kobietą tytułowaną tajemniczo Ona (z francuskiego Elle), która wpływa na jej sposób postrzegania nie tylko swojej twórczości, ale i otaczającego świata. Z każdą następującą sceną zaciera się cienka granica pomiędzy kobietami, co przejawia się choćby bezpośrednio poprzez ubiór oraz wygląd. Reżyser rozpoczyna typową dla siebie analizę psychologicznego upadku, prowadzącego do zatracenia swojej własnej świadomości. Czy Ona istnieje naprawdę, czy to tylko wytwór wyobraźni, a może alter ego głównej bohaterki? Jednoznacznej odpowiedzi nie uzyskamy, a sam Polański niechętnie podrzuca jednoznaczne tropy pozwalające zinterpretować postać tajemniczej kobiety. Pod tym względem Prawdziwa historia zbliża się do trylogii, która emanuje psychicznymi rozterkami głównych postaci, jednak w najnowszej produkcji brakuje napięcia oraz niepokoju, w którego tworzeniu Polak jest swoistym mistrzem. Fani twórczości Polańskiego z pewnością mogą czuć się nieco oszukani, bo niby dostajemy film w pełni autorski, wręcz typowy dla tego artysty, a jednocześnie okazuje się być on tylko cieniem dla jego prawdziwych umiejętności. Niedobór iskrzących z ekranu emocji, poczucia ciszy przed burzą, działa nużąco, choć przede wszystkim irytuje ze względu na spore oczekiwania przed seansem.

Ułomności rozpisania scenariusza rekompensuje duet aktorski – Emmanuelle Seigner oraz Eva Green. Nie da się nie zauważyć, iż występ tej pierwszej okazał się być nie tak zachwycający jak w Wenus w futrze, jednak nie można zarzucić Seigner złej gry. Może to zasługa Evy Green, która fenomenalnie wczuła się w swoją postać, przyciągając każde spojrzenie widza zarówno swoją gestykulacją, mimiką, jak i głosem. Widać, że panie dobrze czuły się ze sobą na planie filmowym, co znajduje swoje odzwierciedlenie na ekranie kinowym. Ich, często niewerbalną potyczkę, wypełniają w punkt dopasowane melodie Alexandre’a Desplata.

Prawdziwa historia w całym dorobku Romana Polańskiego nie będzie zajmowała szczególnie wysokiej pozycji. Reżyser tym razem stworzył obraz poprawny, utkany z typowych dla siebie przewrotów fabuły oraz zagrań psychologicznych. Film nie zaskoczy widza nawet w swoim kulminacyjnym momencie, a po seansie pozostanie duży niedosyt. Może gdyby twórca zdecydował się nieco zerwać ze stosowanymi przez siebie zwykle kliszami, efekt mógłby pozytywnie zaskoczyć odbiorców. Tymczasem musimy się zadowolić pozycją solidną, ale w żadnym stopniu nie potrafiącą zakorzenić się w naszych głowach, a przez co ulatującą parę godzin po seansie.

Ocena: 5/10

Nieustraszona pogromczyni każdej pozycji filmowej bez względu na to, czy ma zmierzyć się z klasykiem kinowym, czy polską komedią romantyczną. Dzień bez obejrzanego filmu, jest dniem straconym. Jej mottem życiowym jest: good films make your life better, choć kino klasy B także ma swój urok.