Zabrałam się za oglądanie Sobiboru z wyraźnie stronniczą postawą. Rosjanie nakręcili film o powstaniu w znajdującym się w Polsce niemieckim obozie koncentracyjnym, na wszystkich plakatach wychwalając w nim bohaterstwo żołnierza Armii Radzieckiej. Czekając na początek seansu, zacierałam ręce z niecierpliwości, spodziewając się zobaczyć typowy prorosyjski produkt propagandowy, który budzi w typowych rosyjskich obywatelach rozdmuchane poczucie patriotyzmu i powoduje niekontrolowane pragnienie, aby zamocować na swoim starym BMW dużą naklejkę z napisem „na Berlin!”. Wiedziałam, że reżyserem i jednym z autorów scenariusza jest mój ulubiony rosyjski artysta Konstantin Chabienski, zawsze jego poglądy polityczne korespondowały z moimi, a jego projekty aktorskie (Admirał, Geograf przepił globus) zostały rzadkimi przebłyskami w najciemniejszych głębinach bezlitosnego kina rosyjskiego. Przypomniałam sobie jego krytyczną wobec Kremla wypowiedź na temat Krymu i jak publicznie musiał za nią przepraszać. Czytając wychwalający bohatera radzieckiego opis filmu Sobibór, byłam pewna, że ​​po prostu chce zostać zrehabilitowany w oczach cara. Fakt, że film finansowało Ministerstwo Kultury Federacji Rosyjskiej, też brzmiał jak ostrzeżenie. Przeżyłam jednak wielkie zaskoczenie. Żeby uniknąć niepotrzebnych oskarżeń o stronniczość, z fabuły usunięto nawet setki Ukraińców-kolaborantów, którzy strasznie gnębili więźniów w rzeczywistości. Tak więc, według wspomnień byłych więźniów, Chabienski oszczędził publiczności dużej ilości okrucieństw, jakie panowały w Sobiborze.

Fabuła opowiada o pierwszym udanym powstaniu w obozie za czasów okupacji niemieckiej. Teoretycznie fabuła ma odtwarzać historię bohaterstwa Aleksandra Peczerskiego (którego zagrał oczywiście Chabienski), jeńca wojennego armii radzieckiej, który nie bał się śmierci, głodu ani upodlenia. Posiadał on na tyle świetne umiejętności organizacyjne, że zaprowadził za sobą prawie wszystkich więźniów. Z 370 osób na wolność dostało się 200. W rzeczywistości jest to opowieść o życiu w obozie, codziennych małych zwycięstwach nad śmiercią, o przyjaźni, o radościach i tragediach.

Sobibór wygląda bardzo dobrze: posiada świetne dekoracje, kunsztowny warsztat operatorski oraz przyzwoite aktorstwo. Jedyną łyżką dziegciu nie jest Maria Kozhevnikova, której słaba gra nie była zaskoczeniem, ale idealnie wpasowała się do roli cichej i skromnej żony kozła ofiarnego, a Chabienski. Z całym swoim pragnieniem nakręcenia czegoś naprawdę wartościowego i niepolitycznego, mimo to dał upust swojej rosyjskiej mentalności: pompatyczności, bohaterstwu i moralizatorstwu. Jego bohater to superbohater, który otwiera usta tylko po to, by powiedzieć coś mądrego, i dzięki swojej niezłomności i nieustraszoności ciągle denerwuje Niemców. Dlaczego walczyli z nim, a nie zastrzelili od razu, nie jest dla mnie jasne. Ale, jeśli ciągły heroizm bohaterskiej postaci Chabienskiego szybko staje się irytujący, to jego gra aktorska trochę rehabilituje tę niedoskonałość. W krótkiej epizodycznej roli na samym początku pojawiła się nawet polska ulubienica rosyjskiego planu filmowego olśniewająca Michalina Olszańska, której obraz nie opuszczał mnie aż do końca seansu.

Często Sobibór jest porównywany do Syna Szawła (2015), ale, według mnie, o wiele bliżej jest mu do Dunkierki (2017). Podobnie jak w ostatnim filmie Nolana, reżyserski debiut Chabienskiego zachwyca swoją piękną scenografią. Atmosfera w obozie i jego rutyna są pokazane widzowi w drobnych szczegółach, organicznie i wyraźnie. Skrawki historii tworzą interesujący i kompletny puzzel pod nazwą “Obóz koncentracyjny w Sobiborze”. Ciekawe, czy Chabienski świadomie poświęcił pierwszy plan, nie rozwijając do końca linie fabularne i osobowości bohaterów, na rzecz trzeciego, który został dopracowany na najwyższym poziomie. Dodatkowe przyjemne podobieństwo Sobiboru i Dunkierki to potężna ścieżka dźwiękowa. Kuzma Bodrov, który został zaproszony do napisania muzyki do filmu, wypełnił Sobibór przenikliwymi nutami żałoby, ale nie obrócił soundtrack w tragiczny wyciskacz łez.

W kakofonii tych patriotycznej tandety, fantasmagorii Dnia Zwycięstwa, Sobibór jest powiewem świeżego powietrza. Nawet jakość obrazu wyróżnia się z tego taniego (przepraszam) święta, który teraz w krajach byłego Związku Radzieckiego (skąd pochodzę) jest kojarzony tylko ze wstążkami świętego Jerzego, naklejonymi na samochody portretami Stalina oraz sprzedażą furażerek przy wejściu do Twierdzy Brzeskiej. I niech Chabienski nie koncentruje się na współczuciu, empatii do osobistej tragedii głównego bohatera, jak, na przykład, ​​Polański w Pianiście, ale jest w stanie wnieść świadomość koszmaru, który był na porządku dziennym w czasie drugiej wojny światowej. Sceny pobić sprawią, że zamkniesz z wrażenia oczy. Bezkarność esesmanowskich drwin wciśnie Ciebie w fotel. I nie będą to bezimienne fragmenty wstrętu i bólu, po którym chce się włączyć wideo z kotkami i odreagować. Ofiarami przemocy byli tu konkretni bohaterowie, których losy śledziliśmy przez cały film i których charaktery, ulubione książki lub prywatne przeżycia już poznaliśmy.

Ocena: 7/10

Jestem zapałką – od razu zapalam się pomysłami, przedsięwzięciami, ciekawością ludzi. Uwielbiam kino, dla beki pójdę nawet na “50 shades of grey”. I tylko jeden jedyny film zasługuję u mnie na 10/10: “Control” Antona Corbijna.