Temat macierzyństwa nie jest prosty, a ukazanie go na ekranie kina to podwójnie trudne zadanie. Jak przestawić codzienny problem w rozsądny sposób, nie męcząc i nie zniechęcając widza? Twórcy Tully z pewnością się nad tym zastanawiali, realizując już kolejny film poruszający podobne zagadnienia. Jednak w tym przypadku to nie historia ma przyciągnąć potencjalnych widzów do kina, ale główna bohaterka, grana przez Charlize Theron. Tym razem, ku zaskoczeniu wielu nie spotkamy się z piękną i seksowną Charlize Theron, otrzymamy zupełnie inną, a czy lepszą wersję gwiazdy? Theron pokaże nam się jako matka dwojga dzieci z jednym w drodze. Nie chcę zadawać pytania, gdzie zgubił się cały seksapil aktorki albo dlaczego nie został on wykorzystany.

Marlo jest typową matką z powołania, ale brak jej sił i czasu na zasłużony wypoczynek. Czas poświęcony dwojgu wymagających dzieci i problemy związane z nadejściem na świat kolejnego spędzają kobiecie sen z powiek. Opieka nad całą gromadą nie jest łatwa, dlatego z pomocą opiekuńczej matce przychodzi jej brat, podrzucając pomysł wynajęcia nocnej niani. Tak więc pewnego wieczora do drzwi puka Tully, śliczna dwudziestoparoletnia studentka, pełna chęci do życia, pracy, a przede wszystkim motywacji do opieki nad niesfornymi maluchami. Dziewczyna jest zupełnym przeciwieństwem kobiety lub doskonałą definicją tego, co Marlo musiała poświęcić dla rodziny.

Jason Reitman przedstawił nam niebanalną historię, nie będąca mimo jego zapewnień komedią. Nie bawi, nie zachwyca, zapomina o byciu śmieszną i zabawną, zmieniając potocznie znaną definicję komedii. Reżyser serwuje nam obraz, zbliżający się do dramatu niż gatunku humorystycznego. Mimo wszystko przyjęta przez niego konwencja jest nieschematyczna, a fabuła niczego sobie. W tym całym zamieszaniu zastanawiające są tak wysokie oceny, które zbiera Tully, bo nie jest wybitnym arcydziełem. W Tully może brakować nam intrygujących dialogów, zostały stworzone po macoszemu, nie dbając o komfort widza. Reżyser nie chciał, aby jego dzieło zostało przegadane i momentami ciągnie w stronę kina artystycznego, pozwala sobie na długie i dokładne akcentowanie rzeczywistości, często zauważalne przez zmianę podkładu muzycznego. Pomimo wszelkich prób stworzenia filmu artystycznego, Tully nie wpisze się w tę kategorię, ponieważ przejawia podejście komercyjnych produkcji tworzonych do szerszej publiki, nie dbając o wysokie walory estetyczne.

Na dużą pochwałę zasługuje duet Charlize Theron i Mackenzie Davis, ich gra aktorska znacznie podniosła poziom realizacji, przekazując nam to co najważniejsze, skupiając się na jak najlepszym przedstawieniu swoich postaci. Charlize, jak przystało na jej rolę, zabiera całe show, a to co wokół obecne traci na znaczeniu, gdy ona figuruje w centrum. Była modelka otrzymała doskonałą kompankę na ekranie, która momentami wybijała się na przód. Davis trzeba docenić, pokazała klasę, a jej gra aktorska była w 100% przekonywującą i naturalna, tak samo jak starszej koleżanki. Obie kobiety brawurowo pociągnęły produkcję, która pomimo kilku, już przytaczanych, błędów prezentuje się całkiem znośnie. Znający Charlize, wiedzą, że lubi się oszpecać, co udowodniła w Monster za co zgarnęła Oscara za rolę pierwszoplanową. Myślę, że większość fanów aktorki również woli ją w najlepszej i najbardziej realnej wersji, znanej przede wszystkim z ubiegłorocznego Atomic Blonde i postaci Theron, jako silnej i niezależnej kobiety.

Tully zaliczyłabym do filmów dobrych, wartych uwagi i zobaczenia. Dzieło posiada wiele plusów, jednak nie spodoba się wymagającym widzom. Wszystko zdaje się spekulować, że słuch o nim zaginie w dniu zejścia z ekranów kinowych. Głównie za sprawą nikłego marketingu, jak i również kasowych premier w tym okresie, co nie pozwoliło wybić się Tully.

Ocena 6.5/10

Największa fanka autocada i BIMu. Hobbistycznie miłośniczka malarstwa XIX i XX wieku z naciskiem na: Degasa, Klimta i Bacona. W czasie wolnym szuka filmu idealnego, po którym z czystym sumieniem będzie mogła określić X muzę sztuką.