Nie jestem fanem filmów dokumentalnych: nie dlatego, że jakoś specjalnie ich nie lubię, po prostu rzadko je oglądam. Dwie godziny wolnego czasu wolę przeznaczyć na coś, co pozwoli mi wejść w inny świat i uciec od moich ziemskich trosk lub po prostu poruszy strunę, o której nie wiedziałem, że istnieje gdzieś tam głęboko w moim serduszku. Na dokumenty patrzę bardziej jako na „filmy informacyjne” przeznaczone, by dowiedzieć się czegoś więcej na temat pewnego zjawiska albo jako na produkcje z gatunku „Konspiracja” aka „żółte napisy + czapka z folii” z niepowtarzalną wartością ironiczną (I’m looking at you „Tajemnice piramid”).

Idąc na to widowisko zastanawiałem się, czy ta pozycja przypadnie mi do gustu. Oprócz małej styczności z filmami dokumentalnymi innym powodem, przez który byłem sceptycznie nastawiony do seansu był fakt, że kompletnie nie interesuje się światem mody. Ten światek jest dla mnie zbyt dystyngowany, a same pokazy mody (których oczywiście nigdy nie oglądałem) uważam za ładne, ale nieciekawe i niepotrzebne – mówiąc krótko, jestem po prostu ignorantem. Tak więc poszedłem, wiedząc jedynie, że ten słynny projektant (o którym nigdy wcześniej nie słyszałem) pracował z ikonami popkultury, takimi jak David Bowie czy Lady Gaga, licząc na to, że być może jego historia będzie opowiedziana w ciekawy sposób, nie podsycając jakoś zbyt mocno dość krawędziowo-tumblrowego hajpu, który mógłby się wytworzyć wokół tej persony. Czy się udało? Zapraszam do recenzji.

McQueen” opowiada o karierze brytyjskiego projektanta mody, Lee Alexandra
McQueena, znanego ze swojego niezwykłego podejścia do projektowania pokazów, którym poświęcał równie gigantyczną uwagę, co swoim ubraniom. Twórcy dokumentu do współpracy zaprosili najbliższych artysty: jego matkę, siostrę, siostrzeńca i byłych współpracowników. Dzięki szczerości rozmówców możemy z łatwością wejść w rolę znajomego Alexandra i powoli nawiązywać naszą relację z osobą, co rusz widzianą na ekranie w postaci archiwalnych nagrań, których jest tu zresztą ogromna ilość. Dzięki temu poznajemy go takim, jakim naprawdę widzieli go inni – słyszymy, jak był postrzegany, a następnie mamy okazję przekonać się o tym przy pomocy nagrań z jego udziałem. Wszystko podane jest w sposób przystępny, reżyser nie śpieszy się i daje każdemu z etapów kariery odpowiednią ilość czasu, aby widz miał okazję spokojnego zapoznania się historią McQueena.

Tym sposobem poznajemy artystę na początku swojej kariery. Najmłodszy z sześciorga rodzeństwa, wychowywany w rodzinie, gdzie głównym źródłem dochodu są zarobki ojca – taksówkarza. Alexander nie należał do najpilniejszych uczniów, a jako że nie miał zbyt dużych perspektyw, pod wpływem matki zdecydował się na rozpoczęcie stażu w zakładzie krawieckim. Jak sam przyznaje, na lekcjach fizyki czy biologii wolał tworzyć w zeszytach projekty ubrań niż zaśmiecać je niepotrzebną mu wiedzą. Jego ambicją już w wieku 16 lat było zostać projektantem mody i tak rozpoczęła się błyskawiczna kariera. Wielki talent oraz chęć do powiększania swoich umiejętności sprawiły, że szukał kolejnych nauczycieli, by poszerzać swoją wiedzę. W tym celu w wieku 20 lat udał się do Włoch, gdzie rozpoczął współpracę z tamtejszym projektantem – Romeo Giglim.

Po tym epizodzie rozpoczął studia w Anglii i na dobre rozpoczęła się kariera równie dynamiczna co kontrowersyjna. Pierwsze pokazy finansował z zapomogi socjalnej, którą dostawał od państwa jako bezrobotny. Z tego też względu, wokół jego osoby początkowo krążyła aura tajemnicy – Lee nie mógł pokazywać swojej twarzy publicznie w trakcie pokazów, gdyż za jednoczesną pracę i pobieranie zasiłku groził mu fiskus. Zmieniło się to jednak w momencie, gdy zaoferowano mu posadę głównego projektanta w francuskim domu mody – Givenchy. Haute couture w połączeniu z kontrowersyjnym, krzykliwym stylem w jego wydaniu niejednokrotnie padało ofiarą mediów, ale sam McQueen pracował tam na swoją własną markę, w której miałby stuprocentową swobodę twórczą. Tym sposobem, Alexander wkładał coraz więcej duszy w swoje pokazy, od siebie wymagał coraz więcej, a jak przystało na przedstawiciela „straży przedniej” (avant garde) jako cel postawił sobie forsowanie świata mody do przodu, nie zważając na opinię innych. Z każdym rokiem demony McQueena – presja, używki, problemy ze sobą, samotność i mroczna przeszłość – powracały z mocniejszą siłą i odgrywały coraz to większe role w jego sztuce. Niespodziewane samobójstwo kobiety, która przez długi okres była jego mentorką, wyniszczyło go psychicznie, a sam McQueen znalazł się w najgorszym z możliwych punktów swojego życia.

Twórcy dokumentu podzielili swój film na kilka części, z których każda nosi nazwę kolejnych projektów McQueena, co moim zdaniem jest doskonałym zabiegiem, zważywszy na to, ile „siebie” wkładał we wszystkie ze swoich dzieł. Każde z nich odzwierciedlało inny zakamarek jego duszy i było w większym lub mniejszym stopniu artystycznym meta-manifestem odnoszącym się do sytuacji mężczyzny – czy to związanej z jego życiem prywatnym, czy też związanej z jego karierą. „Highland Rape” to rozliczenie się z tematem uprzedmiotowienia kobiet: kreacje przypominały strój człowieka, który padł ofiarą gwałtu. Kolekcja była bardzo źle odebrana przez media, sugerowano, że McQueen jest mizoginem. Jakiś czas później okazało się, że pokaz ten miał na celu zmierzenie się z aktem molestowania, jakiego doświadczył w dzieciństwie ze strony męża swojej najstarszej siostry.

Podsumowując, jedyne czego żałuję to, że twórcy zdecydowali się przemilczeć współpracę z największymi gwiazdami, chciałbym dowiedzieć się, jak to wyglądało w przypadku Davida Bowiego czy Rihanny. Myślę, że poświęcenie tych kilkunastu dodatkowych minut na gwiazdy światowego formatu zrobiłoby dobrze produkcji zarówno pod względem PRowym jak i rozrywkowym.
Ogólnie rzecz ujmując, film wywarł na mnie bardzo pozytywne wrażenie, jego przygnębiający charakter został ukazany wystarczająco wyraziście. Jeśli chcecie obejrzeć coś, co skłania do przemyśleń na temat celebryckiego lajfstajlu, ciężaru jaki niesie sława czy też po prostu poznać historię człowieka naznaczonego talentem, to jest to zdecydowanie obraz dla Was.

Recenzję napisał Patryk Piejko.

8,1/10 z sercem.

Największa fanka autocada i BIMu. Hobbistycznie miłośniczka malarstwa XIX i XX wieku z naciskiem na: Degasa, Klimta i Bacona. W czasie wolnym szuka filmu idealnego, po którym z czystym sumieniem będzie mogła określić X muzę sztuką.