Nazwisko Pawlikowskiego stało się w Polsce niezwykle popularne po werdykcie Akademii Filmowej w 2015 roku w kategorii filmów nieanglojęzycznych. Twórca Idy podzielił wprawdzie społeczeństwo swoim dziełem, zmuszając przy tym odbiorców do dyskusji, co nie jest takim łatwym zadaniem. Na kolejny film polskiego reżysera przyszło nam czekać długie lata, a oczekiwania podsycano raz co raz – czy to obsadą lub to osiągnięciami na wydarzeniach najwyższej rangi. Czy to całe zamieszanie wokół Zimnej wojny jest tego warte? Czas pokaże, czy produkcja podbije serca wymagającej publiczności.

Dzieło Pawła Pawlikowskiego skupia się na miłości, choć jest ona tylko pretekstem do przedstawienia swobodnego ciągu urwanych niewerbalnych myśli. Trudno opisać fabułę Zimnej wojny – można nawet postawić tezę, że scenariusz stanowi przykład sztampowej historii pozbawionej polotu. I faktycznie, film polskiego reżysera nie koncentruje się na wydarzeniach, w potocznym tego słowa rozumieniu, a same przedstawiane sceny wydać się mogą wyzbyte z żywiołowości. Pawlikowskiemu udało się jednak przesycić cały obraz emocjami, a każdy z kadrów uzupełnia niewypowiedzianą historię. Duża zasługa w tym rewelacyjnego Łukasza Żala, który poradził sobie ze zdjęciami jeszcze lepiej niż w Idzie. Ponownie tych dwoje twórców zdecydowało się na czarno-białe barwy i ponownie efekt jest oszałamiający. Pomimo że świat pozbawiony został nasyconych kolorów, perfekcyjna gra oświetleniem oraz kadrowanie sprawiają, iż kontury postaci oraz przedmiotów są idealnie zarysowane, w sposób absolutny zaspokajając potrzebę wizualnej uczty. Nie można nie wspomnieć również o pięknych ujęciach, w których zasadniczą rolę odgrywają odbicia lustrzane – niejako podkreślające alienację postaci oraz ich zdystansowanie od rozgrywających się wydarzeń. W filmie Pawlikowskiego to obraz służy do przekazywania informacji, a nie kwestie dialogowe bohaterów. Każde ze zdjęć mogłoby stanowić samodzielne małe dzieło sztuki, co dodatkowo uwypukla użycie kwadratowego kadru.

Zimna wojna okazuje się być niebywale uniwersalną historią, choć akcja osadzona została w latach 40. i 50. XX wieku na terytorium Polski Ludowej oraz Francji. Film Pawlikowskiego daje się poznać jako opowieść o walce z samym sobą, ze swoimi demonami, z koniecznością adaptacji do otaczającej rzeczywistości stojącej w sprzeczności z oczekiwaniami. Tytułowa zimna wojna rozgrywa się również pomiędzy bohaterami postępującymi wbrew swoim przekonaniom, co skutkuje utrzymującym się statusem zawieszenia w czasoprzestrzeni. Już dawno w polskim kinie nie było obrazu, który byłby aż tak przesiąknięty nostalgią lub smutkiem. Duża w tym zasługa przede wszystkim w użytej muzyce – pieśni ludowe w zaskakująco trafny sposób uzupełniają obraz, a jazzowe kawałki podsycają zniewolenie oraz samotność głównego bohatera. Każdy aspekt filmu stanowi cząsteczkę tęsknoty, co składa się w całości na opowieść o tym, co zostało utracone.

Duetem idealnym na ekranie są Joanna Kulig oraz Tomasz Kot, którzy odgrywają główne role w produkcji Pawlikowskiego. Kulig w punkt oddaje ekspresje swojej bohaterki, widz bez trudu jest w stanie uwierzyć w wykreowany przez nią portret dziewczyny lekko szalonej, zakochanej na zabój, ale jednocześnie pogubionej oraz niepewnej własnej wartości. Tymczasem Kot emanuje melancholią, pozostając przy tym niezwykle wyrazistą postacią na ekranie. Oboje stają się bohaterami rodem z kina noir, zwłaszcza gdy akcja przenosi się do Paryża wypełnionego dymem papierosowym. Pawlikowski powinien dostać jeszcze jedną nagrodę za przywrócenie polskiemu kinu Borysa Szyca, bowiem ta kreacja aktorska – pełna artystycznego zaangażowania i szczerości – wreszcie jest na miarę jego talentu.

Zimna wojna może nie trafić w gusta większości publiczności, bowiem jest dziełem skupiającym się bardziej na warstwie wizualnej oraz muzycznej, aniżeli na fabularnej. Scenariusz utkany z prostych kliszy okazać się może niewystarczający, aby uwierzyć w uczucie rodzące się pomiędzy bohaterami. Jednak Pawlikowski pozwala przemawiać kadrom, pozostawiając niedomówienia, które uzupełnić musimy samodzielnie. Odbiorcy, który jest w stanie zrezygnować z wyraźnie zarysowanej fabuły, na rzecz niewerbalnych wskazówek projekcja filmu będzie stanowiła nie lada przyjemność. Zimna wojna to nostalgiczny obraz rozstań i powrotów, jak również próba uchwycenia najbardziej ulotnych emocji wywoływanych przez kino. Seans nie do zapomnienia.

Ocena: 9,5/10

Nieustraszona pogromczyni każdej pozycji filmowej bez względu na to, czy ma zmierzyć się z klasykiem kinowym, czy polską komedią romantyczną. Dzień bez obejrzanego filmu, jest dniem straconym. Jej mottem życiowym jest: good films make your life better, choć kino klasy B także ma swój urok.