Kino szpiegowskie od zawsze cieszy się popularnością wśród fanów dziesiątej muzy. Wydaje się, że specjalizują się w nim Brytyjczycy, w końcu to im zawdzięczamy Jamesa Bonda, Kingsmanów czy Johnny’ego Englisha, jednak inne kraje również tworzą swoje produkcje o działalności tajnych agentów. Dzięki temu w tym roku mieliśmy możliwość obejrzenia Czerwonej jaskółki, nakręconej przez Francisa Lawrence’a i z główną rolą Jennifer Lawrence (zbieżność nazwisk obojga jest czysto przypadkowa).

Dominika już od najmłodszych lat kochała taniec. Wreszcie udało się jej zostać primabaleriną i gdy wydawało się, że kariera stoi przed nią otworem, w wyniku „nieszczęśliwego wypadku“ łamie nogę na scenie i żegna się z baletem. Żeby móc utrzymać siebie i chorą matkę zmuszona jest znaleźć nowe źródło zarobków, więc do dziewczyny odzywa się jej wujek, agent tajnych służb. W ten sposób trafia ona na szkolenie, przypominające bardziej 50 twarzy Greya niż jakikolwiek film poświęcony wywiadowi. Kończy je i zostaje wysłana na misję do Budapesztu. Bardzo szybko zostaje nam ukazany podział na „dobrych i złych“ — jak to zawsze w kinie amerykańskim, ci pierwsi to wywiad Stanów Zjednoczonych, a ci drudzy zaś to Rosjanie.

Może wydawać się to zbytnim czepianiem się szczegółów, ale jednym z największych problemów z Czerwoną jaskółką jest język używany przez postaci. Agenci rosyjscy nie brzmią naturalnie i wiarygodnie, gdy tezy o wielkości swojego państwa wypowiadają w języku tak krytykowanego przez nich zachodu. Nie pomaga w tym nawet momentami udawany akcent, który najgorzej wypada w scenach rozmów między rosyjskojęzycznymi i anglojęzycznymi aktorami. Wydźwięk tego jest zły i sztuczny, nie sprawdza się w szpiegowskim thrillerze, nie będącym raczej komedią. Warto tutaj wspomnieć o tym, iż poziom dialogów również pozostawia wiele do życzenia — momentami przypominają one raczej telenowele niż film z dreszczykiem. Dzięki temu słabo napisane kwestie wypowiadane są w jeszcze gorszy sposób, co nie wpływa korzystnie na dzieło.

Kwestie te wpływają również na klimat całości. Ciężko uwierzyć w poważna opowieść o superagentce, gdy sposób jej mówienia wywołuje u nas mimowolny uśmiech. Oczywiście dałoby się to bez problemu obronić, gdyby choć fabuła potrafiła zaangażować odbiorcę. Niestety tak nie jest  — szybko zaczynamy się nudzić i po prostu nie zwracamy uwagę na zawirowania i zmiany stron dokonywane przez kolejne postaci. W efekcie skupiamy na się na słabszych stronach i znacznie łatwiej je wychwytujemy.

Jeśli trzeba znaleźć jakieś pozytywy Czerwonej jaskółki to z pewnością jednym z nich będzie Jennifer Lawrence. Aktorce zdarzają się produkcję, w których nie wypada zbyt przekonująco (ach ta nowa seria X-Menów), ale przyznać jej trzeba, iż ostatni rok należy do niej. Wpierw doskonale wypadła w rozczarowującym Mother!, a następnie zaliczyła solidny występ w produkcji Lawrence’a. Dzięki niej historia Dominiki nie wypada tak miałko i nudno, a samą kreację Amerykanki śledzimy z przyjemnością. Widać, iż główne role jej służą i śmiało można jej życzyć kolejnych równie udanych, a nawet i lepszych. Szkoda jedynie, że pozostała część obsady nie wypada tak wyraziście. Joel Edgerton jako agent amerykański nie zwróci na siebie uwagi widza tak, jak zrobił to choćby w To przychodzi po zmroku, a główny czarny charakter nie wzbudzi konsternacji swoimi działaniami, bowiem nie jest go specjalnie dużo i nie wydaje się być gorszy od pozostałych Rosjan.

Czerwona jaskółka miała szansę stać się naprawdę dobrą produkcją z solidną obsadą i fabułą opartą na bestsellerowej książce. Zamiast tego dostaliśmy dużych rozmiarów niewypał, o którym chce się zapomnieć jak najszybciej. Absurdalne wątki, nieudolność scenarzystów jeśli chodzi o dialogi. I tylko Jennifer Lawrence szkoda, bo wybija się na tym tle. Cóż, pozostaje jej życzyć lepszych filmów w przyszłości.

Ocena: 3/10

Student filmoznawstwa, wielki pasjonat filmów i dobrej muzyki. W wolnych chwilach zawsze coś ogląda, by mieć co zrecenzować. W związku z tym najłatwiej go spotkać w kinie.