Prawdopodobnie każdy młody adept i entuzjasta kina kojarzy von Triera z jego przemożną chęcią eksperymentowania nad formą filmową i byciem oryginalną, ,,niepodmienialną”, dążącą do przełomów personą. Istotnie, Dogville (2003) ze swoją nietuzinkowością  jawi się jako kwintesencja takich starań.

W skrócie rzecz ujmując, to trzygodzinna opowieść w dziewięciu rozdziałach o pewnym usytuowanym w odosobnionym miejscu, górskim miasteczku i jego mieszkańcach, którzy pewnego dnia stają w obliczu nietypowej sytuacji. Leniwy i przewidywalny bieg wydarzeń ich siermiężnej codzienności przerywa pojawienie się nieznajomej im Grace (Nicole Kidman), pragnącej ukryć się przed ścigającymi ją gangsterami. To spotkanie zdaje się być idealnym, modelowym pretekstem dla Toma Edisona (Paul Bettany), pisarza-idealisty, prowadzącego swego rodzaju wykłady o moralności; jego ,,pidżamowy aktywizm” ma szansę przerodzić się w coś namacalnego, czego tej skrycie rozgoryczonej, nieumiejącej odnaleźć się w społeczności personie bezsprzecznie potrzeba. Dzięki jego namowom mieszkańcy godzą się na niebezpieczeństwo chowania poszukiwanej, kierując ją do przeróżnych prac za drobnym wynagrodzeniem. Niestety, po jakimś czasie okazuje się, że nie mogą powstrzymać swoich instynktów i nadużywają swojej władzy w sposób iście bestialski.

Zdaje się więc, że dzieło jest pytaniem o ludzką naturę, a diagnoza wydaje się deprecjonująca – tkwi w nas inherentne zło, skrywane pod maską obyczajności bądź posłuszeństwa wobec norm. Ale gdzieś na ,,końcu świata”, z dala od oczu autorytetów czy czyjegokolwiek spojrzenia w ogóle, gdzie prawo zaczyna stawać się głosem większości, wobec przewagi nad odosobnioną i bezradną istotą nie trudno o zgubny relatywizm etyczny, prowadzący do wynaturzeń w pojmowaniu różnicy między dobrem a złem; granic, poza które człowieczeństwo nie powinno wybiegać, a w efekcie – do tragedii. Grace, jako alabastrowa, subtelna piękność, nadto osoba zamożna, lecz przy okazji pełna drażniącej wręcz naiwności, bierności i zbytniej dobrotliwości charakteru stanowi, paradoksalnie, ,,element zapalny” dla anormalnych, nieludzkich zachowań. Może to mściwość wobec jej nieprzekłamanego piękna (,,anielskości” wręcz), a może to właśnie jej bierność i służalczość karmi ego mieszkańców na tyle, że, odczuwszy bezgraniczność swej władzy nad drugim człowiekiem, dokonują niewybaczalnych bezeceństw. Pętla się zamyka, bowiem Grace, choć nie protestuje, i tak staje się przecież demaskatorem ich prawdziwych oblicz, kwestionującym i poddawającym próbie ich moralność, czego żadna osoba nie może znieść. Prawda jest zbyt przytłaczająca, a zło staje się środkiem reagowania. Granica między dobrem, złem, litością, miłosierdziem a sadyzmem się zaciera; tak wiele zależy od definicji, wartości jawią się jako zbyt relatywne, płynne, choć widz przecież ma poczucie burzenia pewnego ładu. Efektem działań gremium i rozprzestrzeniającej się zarazy władzy nawet (dotychczas wierny, choć w dość moralnie wątpliwy sposób) Tom odwraca się od Grace, absolutnie zaprzepaszczając swoje dotychczasowe ,,starania” i ujawniając hipokryzje.

Gdyby powyższa historia została nakręcona w sposób, rzekłabym, typowy, być może stałaby się zbyt ckliwym, wyegzaltowanym ,,wyciskaczem łez”. Tego jednak grzech spodziewać się po von Trierze. Trudny, egzystencjalny wręcz, filozoficzny, przeładowany emocjami temat implikuje zasadność użycia wyróżniającej formy. Z premedytacją więc reżyser sięgnął po być może ryzykowne, ale jakże adekwatne eksperymenty.

Dogville ujęte jest w dziewięć rozdziałów, co przywodzi mi na myśl dziewięć kręgów piekielnych u Dantego; nadto każdy z nich ma tytuły rodem z starych powieści. Już samo to wskazuje na wyjątkową stylizację. Lecz mało tego; to, co tak wyróżnia ten film na tle innych to scenografia ograniczona do absolutnego minimum, stawiająca na pewną umowność, destylację wszystkiego, co mogłoby jakkolwiek zamglić sens. Nie będę odkrywcza, jeżeli powiem, że kojarzy się to z teatrem w ujęciu Becketta i ,,egzystencjalną esencją”. Dość zresztą rzecz, że dzieło von Triera z teatru czerpie garściami – poczynając od charakterystycznego, pompatycznego, acz zamierzonego i być może wysoce autoironicznego aktorstwa, poprzez użycie klasycznej muzyki, a na pracy kamery kończąc. Domy w Dogville wyrysowane są kredą, a spośród mebli pozostały jedynie najbardziej znaczące rekwizyty. Kamera swobodnie snuje się więc pośród aktorów, zmuszając widza do przekraczania granic ich intymności, gdyż przecież wszystko, co zawarte w tle, nie jest ukryte pod jakąkolwiek zasłoną. Mimo całej tej ,,otwartości”, wciąż ma się wrażenie klaustrofobii; nie tyle przez operowanie światłem, czy kasandryczną atmosferę jakiegoś napięcia, ,,wrzenia pod powierzchnią”; być może to sugestia odosobnionego miasteczka i bycia w potrzasku jest aż tak namacalna. Ad rem voyeruzmu – zdawać by się mogło, że możliwość „przenikania” spojrzenia poprzez ściany implikuje taką wieloperspektywiczność, która będzie rozpraszać uwagę (a więc zupełnie wbrew intencjom tegoż zabiegu); tu na szczęście z pomocą przychodzi wybiórczość spojrzenia oka kamery i hipnotyzujące aktorstwo. Widz jednak, przez lub dzięki takiej formie, staje się intruzem, podglądaczem; w pewien sposób  staje się, choć nieintencjonalnie, współwinny. Bezsilność, niemoc, niewygoda, a może sadystyczne zaciekawienie albo wręcz satysfakcja? – Dogville mogłoby stać się doskonałą bazą pod kognitywistyczne, skoncentrowane na odbiorze studium.

Wspomniana już teatralność aktorstwa, obecność ironicznego, lekko komentującego wydarzenia narratora (nad wyraz sugestywny zgrzyt względem tego, co obserwujemy na ekranie), czy wreszcie dobór tematu (jakby film był traktatem filozoficznym) to atrybuty potęgujące wrażenie ,,przypowieściowości” Dogville; wszystko jednak demaskowane jest przez zawarte na końcu materiały z okresu Wielkiego Kryzysu (zbiór American Pictures autorstwa Jacoba Holdta), pokazujące rasizm, biedę i społeczną niesprawiedliwość  tamtych czasów, przy akompaniamencie Young Americans Dawida Bowiego. Intencjonalne dołączenie do dzieła tych elementów sugerowałoby zasadność tylko jednej, choć nad wyraz interesującej i dość gorzkiej w wymowie drogi interpretacji, na którą niestety nie ma tutaj miejsca. Wciąż możliwy mimo wszystko jest także odbiór uniwersalistyczny, zwyczajnie należy tylko pamiętać o społecznej, krytycznej roli, jaką w zamyśle autora ma pełnić ten film.

8/10

Studentka filmoznawstwa na UJ stroniąca od hurra-optymizmu, choć dająca szansę wszystkiemu, co uchodzi za przeintelektualizowane; z kilogramami zarówno ambicji, jak i skłonności do stagnacji; nie posiadająca ,,ulubionego reżysera”, wszak wszystko jest relatywne. Poza oglądaniem filmów lubi oglądać filmy. Ewentualnie pograć lub dobrze zjeść. Definitywnie zaś nie lubi pisać autoafirmacyjnych opisów.