[Tekst zawiera spoilery]

Zaledwie parę dni temu wystartowała Sztuka za ósemkę w Krakowskim Centrum Kinowym-Aneks oraz 12. wakacyjny festiwal Letnie tanie kinobranie w Kinie pod Baranami i przy okazji tych wspaniałych imprez, notabene będących nad wyraz ciekawą i przydatną inicjatywą, pokazywane będą filmy ,,do nadrobienia”, czyli wybitne tytuły sprzed ostatnich lat. W przypadku Kina pod Baranami będzie ich aż 150 ujętych w 9 cykli tematycznych spiętych jednym motywem przewodnim — czasem. I à propos czasu, tak się składa, że jedną z mocniejszych propozycji w obu kinach jest Ida (2013) Pawła Pawlikowskiego, która nadal, pomimo bagatela 5 lat od premiery, jawi się wręcz jako wciąż żywy ewenement, a nawet (przynajmniej dla niektórych środowisk) stanowi, rzekłabym, kłującą w oczy i niełatwą do zapomnienia ,,kość niezgody”[1][2].

Pewnie jeszcze nieraz usłyszymy nietrafione, bo interpretowane pod dyskusję twierdzenia na temat tego filmu, tym bardziej, że do kin niedawno trafiła Zimna wojna (2018) — czyli kolejne dzieło Pawlikowskiego — choć przyznać należy, że jest ona bardziej ,,poprawna” z prawicowego punktu widzenia niż jej poprzedniczka. Tak czy inaczej, Ida wciąż może burzyć opinię publiczną. I wydawać by się mogło, że o tym dziele powiedziano już wszystko; moim skromnym zdaniem jednak- aż nadto. W całym tym około-filmowym ferworze i wrzawie dysput zatracono gdzieś całe pojmowanie sedna i piękna tego jakże wyważonego, subtelnego dzieła, które przede wszystkim zdaje się mieć intencję opowiadania o drodze, poznaniu, introspekcji i kwestiach ontologicznych (obok, oczywiście, rozliczenia z historią), aniżeli być filmem obrazoburczym czy w jakiś sposób ,,żerującym” na sensacji, co imputowane jest przez niektórych publicystów.

Nie zamierzam bynajmniej sugerować, jakobym była w stanie powiedzieć coś odkrywczego o Idzie, mogę jednakże zachęcić Was do niebrania tego obrazu li tylko jako implicytnie i intencjonalnie ,,politycznie zaangażowanego” czy będącego narzędziem po czyjejś stronie współczesnego dyskursu pt.: propolskie kontra antypolskie. To, co burzy krew w żyłach niektórym osobom, to fakt, że Pawlikowski pokusił się o osadzenie swojej historii w realiach gomułkowskiego (lub blisko gomułkowskiego) PRLu, jednocześnie pokazując, o zgrozo!, postać ,,Krwawej Wandy” (jej pierwowzorem była Helena Wolińska, komunistyczna prokurator oskarżająca w procesach politycznych okresu stalinowskiego) w sposób wielowymiarowy (celując, być może, w ukazanie przyczyn jej decyzji) oraz poruszając kwestię rozliczenia z przeszłością, czyli kradzieży majątków żydowskich i przypadkach polskiego donosicielstwa.

Fabułę Idy da się streścić w paru zdaniach. Młoda Anna (Agata Trzebuchowska), sierota wychowana przez siostry zakonne a zarazem nowicjuszka, która sama pragnie przywdziać habit, otrzymuje od siostry przełożonej polecenie, aby przed złożeniem ślubów spotkała się z jej jedyną żyjącą krewną (ciotką), czyli wspomnianą już Wandą Gruz (Agata Kulesza). Początkowo Wanda jest nastawiona dość, rzekłabym, oschle i awersyjnie do swojej siostrzenicy, jednakże raczej ze względu na fakt, że kobiety dzielą ten sam rodzaj niedoli i brzemienia historii (i wizja pobudzenia wspomnień rodzi zbyt wiele bólu), z tym, że młodziutka Anna — a właściwie Ida (która okazuje się być Żydówką) — nie ma pojęcia o swoim dziedzictwie i dziejowej (oraz po prostu ludzkiej) niesprawiedliwości, która ją dotknęła. Postanawiają wyruszyć w drogę do rodzinnych Piasków, by znaleźć poszlakę w poszukiwaniach grobów rodziców Idy. Nie jest to oczywiście powiedziane zbyt dobitnie i wprost, ale można łatwo wywnioskować, że rodzina Żydówki (poza Wandą) została zamordowana przez nazistów w wyniku wydania ich przez Polaków, którzy następnie przejęli ich majątek. Kobiety, o zupełnie odmiennych charakterach i spojrzeniu na świat, wyruszają w drogę, by odnaleźć swoje korzenie, pochodzenie, może Boga, miejsce w tym nowym, brutalnym świecie, być może sprawiedliwość, być może nauki wybaczenie, by nadrobić lata, znaleźć ścieżkę, którą powinny obrać; wreszcie: by spróbować ujarzmić demony przeszłości — co zdaje się raczej niemożliwe w przypadku rozgoryczonej, niepotrafiącej się pogodzić ze stratą dziecka i, być może, późniejszymi decyzjami (jako osoba odpowiedzialna za tzw. mordy sądowe); trawionej zarazem winą jak i zemstą Wandy, która ostatecznie skacze z okna i zabija się.

Wieść o nominowaniu Idy do nagrody przez Akademię w kategorii ,,najlepszy film nieanglojęzyczny” (jako dziesiątego polskiego w ogóle nominowanego do wyżej wymienionej kategorii) podzieliła opinię publiczną, zaś sceptycy zaczęli utyskiwać tym energiczniej i bardziej zajadle, gdy okazało się, że dzieło Pawlikowskiego rzeczywiście zdobyło Oscara. Flagowym argumentem stało się rzekome przekłamywanie historii, które miałoby polegać na pokazywaniu, jakoby w Polsce, podczas II  wojny światowej Polacy nagminnie wydawali Żydów w ręce nazistów, ponieważ film nie posiada napisów początkowych wyjaśniających, że państwo polskie było pod okupacją niemiecką, ukrywanie Żydów było zabronione pod groźbą kary śmierci, zaś mimo tego spora część społeczności polskiej pomogła Żydom przetrwać wojnę. Owe napisy (zawierające takowe informacje), zaproponowane później przez Redutę Dobrego Imienia, miały być kompromisem, który, choć posiadałby pewien sens w przypadku pokazów zagranicznych, wciąż jednak kłóciłby się z wizją artystyczną. Mógłby bowiem pozostawić wrażenie, jakoby Ida była bardziej ,,historyczna” i miała solidne w tym ugruntowanie, niż w rzeczywistości – wszak pomimo nawiązania do prawdziwych zdarzeń w postaci Wandy, Ida wciąż uchodzi raczej za film poetycki i bardziej uniwersalny, a nie biograficzny. Nadto czas i miejsce akcji jest zaakcentowane po wielokroć; mówi się takżę o nazistach i ,,tych którzy donosili  u Niemca i tych, którzy tego nie robili” (vide słowa Wandy). Jeżeli chodzi o dociekliwość w kwestii poszukiwania prawdy historycznej – to powinna ona pozostać w gestii widza. Pawlikowski zresztą raczej nie celował swoim dziełem w grupę odbiorców, eufemistycznie mówiąc, leniwych. Nie przeczę, że Zachód może mieć wciąż pewne problemy ze zrozumieniem realiów II wojny światowej, niemniej jednak poetyckie filmy nie powinny wystawiać wszystkich faktów jak ,,kawę na ławę”.

Kolejnym problemem była kwestia ukazywania Wandy w sposób ludzki i wielowymiarowy. Zdaje się, że pokazywanie człowieka, choćby nie wiem, za jak bardzo złego uchodził, jako kogoś z krwi i kości z całym wachlarzem dylematów, pobudek i rozgoryczenia to wciąż ewenement czy może nawet obrazoburstwo. Komunistyczni działacze byli przecież źli do szpiku i od zawsze- i na tym kończy się dyskusja. Nie mogli mieć ludzkich odruchów ani ,,po ludzku” przeżywać tragedii, czy nawet żałować popełnionych czynów. A przecież Ida bynajmniej nie pokazuje, że droga, którą obrała Wanda (czyli zemsty) jest słuszna; ba – doprowadziła ją przecież do destrukcji. Cała jej gorycz skonfrontowana na nowo z przeszłością poskutkowała tragicznym zakończeniem — śmiercią.

Wreszcie kolejną frapującą kwestią jest to, że według prawicowych publicystów Ida rzekomo wpisuje się w pewną niby zbyt szeroką tendencję ukazywania Polski w złym świetle (vide Płużański[3]). Tymczasem polskich filmów autoafirmacyjnych było aż nadto, szkopuł tkwi w szczególe, że zwykle nie odznaczały się one wysoką wartością artystyczną. Jednostronność, brązownictwo i szafowanie martyrologią oraz nadużywanymi symbolami to zabiegi nie uchodzące już za górnolotne, zwłaszcza przez poczynienie takich dzieł polskiej kinematografii jak Historia Roja (2016, reż. Jerzy Zalewski). To nie wina obrazów rozrachunkowych i krytycznych, że o propolskich, mydlących oczy produkcjach jest cicho za granicą, ponieważ bywają one zwyczajnie złe. Pawlikowski uchodzi za takiego reżysera, który nie chce ,,przekoloryzowania”; jego Ida jest subtelnie i inteligentnie krytyczna; cierpka, ale w sposób wyważony. Przekłamaniem byłoby pokazywanie, jakoby absolutnie każdy Polak był bohaterem w czasie II wojny światowej; historia zawsze ma dwa oblicza i krytyczne spojrzenie, jakie oferuje nam obraz Pawlikowskiego jest jak najbardziej uzasadnione i potrzebne w kraju, gdzie jeszcze do niedawna ludzie bojkotowali Pokłosie (2012, reż. Władysław Pasikowski), twierdząc, że takie zdarzenia jak w Jedwabnem nie miały miejsca. Swoją drogą jednak, nie wydaje mi się, aby porównanie tych dwóch filmów, które poczynił Łukasz Adamski na łamach ,,wPolityce”[4] było całkowicie zasadne. Pokłosie to zupełnie inna intencja i inny gatunek; to terapia szokowa, która, jak się sądzi, nie powinna nastąpić tak wcześnie, a raczej po Idzie. Być może. Ale zarazem Pokłosie to także kino z gruntu gatunkowe, czysty thriller, zaś dzieło Pawlikowskiego to poetycki dramat psychologiczny.

Mając już za sobą to, bądź co bądź, choć przydługie, to jednak konieczne omówienie tego, co działo się (i jeszcze będzie się dziać) w przestrzeni pozafilmowej Idy i jej funkcjonowania w dyskursie politycznym/ideologicznym, chciałabym wreszcie przejść do zasadniczej części bliższej recenzji, aniżeli analizy. Pawlikowski znany jest z tego, że konstruuje każdy swój kadr z rozwagą i perfekcją zakrawającą być może wręcz na szaleństwo. W wywiadzie dla magazynu ,,Esensja” (przeprowadzonym przez Martę Bałagę) stwierdza: nie chodziło mi o to, żeby film był ładny, ładne kadry od razu trafiły do kosza. Chodziło o to, żeby poruszył w widzach jakieś struny[5]. To rzeczywiście wybrzmiewa w filmie; każdy sposób kadrowania wydaje się korespondować znakomicie z emocjami towarzyszącymi bohaterom (czego się raczej domyślamy, ponieważ zwykle nie są wylewni). Niezrównana Agata Kulesza konstruuje swoją postać tak, że coraz bardziej przekonuje mnie, że jest stworzona do takich ról — pozornie silnych kobiet, które skrywają tajemnice trawiące je od środka, zszargane przez bieg dziejów i własne decyzje, nie do końca pozytywne albo raczej — negatywne, choć sprawiające nierzadko, że zaczynamy rozumieć ich motywy. Na drugim biegunie — Agata Trzebuchowska, debiutantka bez wykształcenia aktorskiego, wypatrzona przez Małgorzatę Szumowską gdzieś w kawiarni, o niebywale hipnotyzującej urodzie, którą kamera wręcz kocha. I choć prawdą może być stwierdzenie, że Kulesza kradnie dla siebie całą uwagę, to jednak Trzebuchowska, jako cicha, hipnotyzująca zakonnica z tym niebywałym, niezachwianym spokojem na swój sposób fascynuje. Oryginalne piękno młodziutkiej zakonnicy i budząca się z uśpienia kobiecość przykuwa uwagę; tym bardziej jest to zaskakujące ze względu na jej stan, rzekłabym, ,,cywilny”- motyw dość znany, przywodzący na myśl takie filmy, jak Niewinne (2016, reż. Anne Fontaine), czy (może nieco na wyrost) Matkę Joannę od Aniołów (1961, reż. Jerzy Kawalerowicz). Szkoda jednakże, że to była w zasadzie jedyna istotna rola Trzebuchowskiej do tej pory i raczej nie zobaczymy jej już na dużym ekranie z uwagi na to, że wybrała zupełnie inną ścieżkę kariery.

Skoro zaś mowa o aktorach, to należałoby także wspomnieć o sposobie ich portretowania — a jego wyjątkowość w Idzie narzuca się wręcz automatycznie. Autorstwo zdjęć do filmu tak naprawdę należy przypisywać Łukaszowi Żalowi, który zastępował Ryszarda Lenczewskiego. Czy dobór od dekad nieużywanego formatu 4:3 i czarno-białej taśmy filmowej, statyczne ujęcia — ,,dłużyzny” oraz kadrowanie ,,z dużą ilością powietrza” to czysty estetyczny ,,kaprys” rodem z krótkich metraży ze Łódzkiej Szkoły Filmowej, czy jednak głębszy zamysł? Optuję za drugą opcją. Pozostawianie tak dużej ilości przestrzeni ponad głowami aktorów łamie podstawowe zasady kompozycyjne, ale daje niesamowity efekt, który kojarzy mi się ze stłamszeniem czy ,,fragmentacją” (poprzez ,,dekapitację”) aktorów (przesuniętych nierzadko na sam róg ekranu), z ukazywaniem wiszącego nad nimi ciężkiego brzemienia (być może historii), a może odwrotnie — sfery sacrum, a zatem — uświęceniem. Dodać do tego geometryzację i fetyszyzację kadru nieomalże jak u Felliniego oraz delikatne nawiązania formą i stylem do polskiej szkoły filmowej (Has, wspomniany już Kawalerowicz), pieczołowitość scenograficzną i owe wspaniałe zderzenie pustych pól, zruinowanych domów z wartkim, pełnym piosenek i w gruncie rzeczy kiczowatym życiem miast wczesnego PRLu (koncert w hotelu esencją polskich ,,potańcówek”) — i otrzymujemy dzieło nadzwyczaj urodziwe, przemyślane i, przede wszystkim, współgrające ze stanami bohaterów i współkonstruujące poprzez formę znaczenie dzieła i jego wymowę.

Bezsprzecznie Ida to dzieło, którego raczej nie wypada nie znać; nie tyle ze względu na fakt, że jest laureatem Oscara, czy dlatego, że budzi skrajne emocje. Przede wszystkim to wysmakowana, subtelna i dość momentami uniwersalna opowieść, która w gruncie rzeczy niesie bardzo humanistyczne przesłanie i może (ponadto) pomóc nam w przepracowaniu traum i krzywd po drugiej wojnie światowej, których doświadczyli zarówno Polacy, jak i Żydzi — czasem, niestety, serwując sobie to nawzajem. Ida jednakże nie próbuje stawać w pozycji srogiego oskarżyciela, stanowi raczej wyraz chęci wypracowania jakiegoś konsensusu, który jest niewątpliwie potrzebny.

7,5-8/10

Studentka filmoznawstwa na UJ stroniąca od hurra-optymizmu, choć dająca szansę wszystkiemu, co uchodzi za przeintelektualizowane; z kilogramami zarówno ambicji, jak i skłonności do stagnacji; nie posiadająca ,,ulubionego reżysera”, wszak wszystko jest relatywne. Poza oglądaniem filmów lubi oglądać filmy. Ewentualnie pograć lub dobrze zjeść. Definitywnie zaś nie lubi pisać autoafirmacyjnych opisów.