Seria opowiadająca o poczynaniach Danny’ego Ocean na pewno jest każdemu znana w starszej (z Frankiem Sinatrą) lub nowszej wersji (z Georgem Clooney’em). Przez wiele lat mogliśmy podziwiać przebiegłe plany złodziejaszków czyhających na nie tylko najcenniejsze przedmioty, ale i sławę. Przesycenie rynku kolejnymi kontynuacjami mogło doprowadzić do takich absurdów jak niekończąca się historia Szybkich i wściekłych, zatem tym razem twórcy zdecydowali się na odświeżenie tematyki w innym ujęciu. Solidnych kobiecych ról we współczesnej kinematografii ostatnimi czasy nie brakuje, a najnowsza odsłona przygód członków rodzinny Ocean jawi się jako mocne, feministyczne kino. Jednak, czy ze starych pomysłów da się opracować jeszcze jakiś dobry koncept na film?

Fabularnie Ocean’s 8 przypomina poprzednie części z tą różnicą, iż tym razem główną bohaterką jest siostra Danny’ego – Dennie. Wystawioną przez swojego kochanka kobietę poznajemy w momencie jej wyjścia z więzienia i już wtedy podejmuje ona pierwsze kroki – nie tylko by odegrać się na swoim ex, ale również dobrze przy tym zarobić. Debbie kompletuje więc ekipę, na która składają się same indywidualności, przez co skład idealnie się dopełnia – mamy więc informatyka, złodziejaszka, jubilera, a nawet projektanta mody (oczywiście wszystko podane w damskiej wersji, ale językowe ograniczenia nie pozwalają utrzymać feministycznego tonu filmu). Wszystkie te starania czynione są, aby zdobyć niezwykle cenny naszyjnik i należy przyznać, że pod względem gatunkowym Ocean’s 8 nawet się broni na tle innych produkcji. Jednakże przyjęta koncepcja sprowadzająca się do obsadzenia historii w niemal 100% bohaterkami, podczas gdy jeśli już pojawi się postać męska to albo w złym świetle, albo jako mało interesujące wypełnienie przestrzeni, całość staje się nienaturalnie sztuczna. Oczywiście, nie neguję tego, że kobiety też mogą dokonywać przekrętów roku i odgrywać najważniejsze role w filmach z pogranicza gatunku kryminalnych, ale w wykonaniu Gary’ego Rossa okazuje się to zbyt odtwórcze. Już jego poprzednia produkcja – Igrzyska śmierci – lepiej kreowała postać głównej bohaterki, ukazując jej siłę, ale i wątpliwości, tymczasem Debbie jest po prostu lekkim szkicem, a’la kalką Danny’ego, a publiczność i tak wie, jak skończy się prezentowana historia.

Ocean’s 8 promowane było głównie przez niezwykle obiecującą obsadę aktorską. W głównej roli Sandra Bullock, obok niej między innymi – Cate Blanchett, Anne Hathaway, Helen Carter czy nawet Rihanna. Deszcz znanych i cenionych nazwisk z pewnością pozwala trzymać solidny poziom całej produkcji, jednak występ Bullock uważam za mało przekonujący. Nie widać na ekranie, aby aktorka czuła swoją rolę, dostrzegalna jest pewnego rodzaju wyraźna maska artystyczna, która skutkuje brakiem naturalności. Nie można powiedzieć za to tego o Hathaway – kradnie ona każdą scenę, w której się pojawi, nie tylko z uwagi na beztroski uśmiech, ale świetną grę mimiką twarzy. Umieszczenie tak wielu silnych charakterów w jednym kadrze powoduje jednak, że szybko dokonujemy oceny gry aktorskiej przez pryzmat postaci, w które się wcielają aktorki. Na koniec zostajemy z jedną myślą – niby wszystko odbywa się poprawnie, ale wciąż czegoś brakuje.

Film Gary’ego Rossa to typowe kino rozrywkowe, przepełnione całkiem ciekawą intrygą kryminalną z paroma udanymi scenami. Naturalnie pojawia się pytanie, czy trzeba było robić z tego serie z przygód rodziny Ocean? Zapewne nie – dziewczyny świetnie poradziłyby sobie w zupełnie świeżej, nowo wykreowanej historii. Ze względu na odwołania pojawia się poczucie odtwórczości oraz tworzenia na siłę kobiecych wersji męskich filmów. Ocean’s 8 niestety szybko ucieknie z pamięci, choć może panie przypomną się o sobie, gdy doczekamy się kontynuacji ich losów.

Ocena: 5,5/10

Nieustraszona pogromczyni każdej pozycji filmowej bez względu na to, czy ma zmierzyć się z klasykiem kinowym, czy polską komedią romantyczną. Dzień bez obejrzanego filmu, jest dniem straconym. Jej mottem życiowym jest: good films make your life better, choć kino klasy B także ma swój urok.