Greg Berlanti trudni się pisaniem scenariuszy zwłaszcza  do produkcji serialowych. Niemniej jednak, jego debiutem była pełnometrażowa fabuła podejmująca tematykę LGBT. W swoim najnowszym filmie twórca nie tylko powraca w roli reżysera, ale również odwołuje się do początkowo ukazywanego gatunku. Berlanti w swoim utworze uczynił nastolatkami głównych bohaterów, a akcję osadził w amerykańskiej szkole. Jeśli dodamy do tego twarze znane z serialu Trzynaście powodów, widz może zacząć się zastanawiać, na ile nie będzie to powielanie utartych schematów. Czy Twój Simon jedynie w zbieżności tytułów nawiązuje do Twojego Vincenta, a może i także urzeknie widownię swoim wykonaniem?

Tytułowy Simon opisuje siebie jako zwykłego, szarego nastolatka z kochającą rodziną oraz grupką zgranych znajomych. Już na początku okazuje się jednak, że chłopak skrywa tajemnicę, której nie chce, a może nie potrafi, nikomu wyjawić. W momencie, gdy w Internecie natrafia na wpis osobnika podpisującego się pseudonimem „Blue”, w którym nieznajomy wyznaje, że jest gejem, bez wahania postanawia podzielić się z nim swoimi problemami. Z każdą następną wiadomością chłopcy zbliżają się do siebie, jednak wciąż nie wiedzą, kim są w rzeczywistości. Jedyną wskazówką jest okoliczność, że uczęszczają do tej samej szkoły, co pozwala snuć insynuacje i domysły dotyczące osoby „Blue”. Sprawy zaczną się komplikować, gdy nachalny znajomy przez przypadek pozna tajemnicę Simona i zacznie go szantażować. Główny bohater stanie przed wyzwaniem, aby wyjawić swoją orientację, a przy tym nie stracić znajomych, rodziny, a co najważniejsze – ukochanego nieznajomego.

Film Berlantiego wpisuje się po części w typowy obraz przeznaczony dla nastolatków borykających się z problemem dorastania. Czy to wada? – nie wydaje mi się, bowiem Twój Simon ogląda się z niebywałą płynnością oraz przyjemnością. Prawdopodobnie to wszystko za sprawą wrażenia bliskości, jakie potrafił utworzyć reżyser, złudzenia, że my rozumiemy bolączki postaci, a one próbują pomóc nam. Nie ukrywajmy, że nie jest to najbardziej angażujący intelektualnie seans, zawiera on wiele uproszczeń, które jednak nie wpływają na całościowy odbiór. Ciekawie została pokazana tematyka ujawnienia się, czyli coming out, trochę wręcz zanegowana – skoro heteroseksualne osoby nie muszą głośno deklarować swojej orientacji, dlaczego osoby homoseksualne powinny? Z pewnością film wiele zyskuje poprzez sposób prowadzenia narracji, czyli z punktu widzenia głównego bohatera, przez co jego myśli oraz emocje – takie, jak na przykład radość mieszająca się ze strachem, są jeszcze mocniej wyczuwalne.

W tytułową postać wcielił się Nick Robinson, wciąż zdobywający doświadczenie aktorskie, i poradził sobie świetnie z tym zadaniem. O ile nie zabrzmi to niepoprawnie, to odtwórca wypada po prostu uroczo, w pełni przekonująco i całkowicie bez większego trudu widz jest w stanie uwierzyć w tego bohatera. Robinson z ogromną łatwością dźwiga na barkach wydźwięk całego filmu, a przy tym pozostaje rozbrajającym ze względu na szarmancki uśmiech. Odczuwam pewien dysonans w grze Katherine Langford, wcielającą się w rolę jednej z koleżanek Simona, która znana jest przede wszystkim z roli w  Trzynastu powodach. Odnoszę wrażenie, że pokazała ona tę samą kreację co w produkcji Neflixa, co oceniam jako pójście na skróty. Poprowadzenie bohaterki w niczym nie różni się od postaci Hannah – Langford może się okazać aktorką jednej roli.

 Twój Simon to przykład solidnego kina młodzieżowego w punkt dobraną ścieżką muzyczną, na którym przez większość seansu nie będziemy się nudzić. Greg Berlanti umiejętnie prowadzi swoich bohaterów, sprawiając, że widz wciąż musi zastanawiać się, jak potoczą się losy tytułowego Simona. I choć nie jest to najbardziej klimatyczny film, w który wkrada się kilka uproszczeń, to wciąż budzi pozytywne emocje i skłania do refleksji – a to w kinie cenimy najbardziej.

Ocena: 6,5/10

Nieustraszona pogromczyni każdej pozycji filmowej bez względu na to, czy ma zmierzyć się z klasykiem kinowym, czy polską komedią romantyczną. Dzień bez obejrzanego filmu, jest dniem straconym. Jej mottem życiowym jest: good films make your life better, choć kino klasy B także ma swój urok.