Szkockiego twórcę – Kevina Macdonalda – od zawsze intrygował dokument. Widoczne jest to zarówno w jego wczesnych utworach, jak i w tych najnowszych. Niezależnie od tego, czy reżyser decyduje się na klasyczny dokument, dokument fabularyzowany czy fabułę inspirującą się prawdziwymi wydarzeniami, zawsze kieruje się on realizmem, starając się jak najdokładniej oddać ukazać rzeczywistość. Whitney Houston nie trzeba nikomu przedstawiać – amerykańska gwiazda muzyki pop oraz okazjonalnie aktorka uznawana jest za jedną z najlepszych piosenkarek wszech czasów. Burzliwość jej życia zawodowego oraz prywatnego oraz tragiczne okoliczności jej śmierci w 2012 roku niewątpliwie stanowią ciekawy materiał na dokument. Jednocześnie, decydując się na ukazanie tej historii, trzeba pamiętać o konieczności spojrzenia na Whitney z różnych punktów widzenia, aby wyzbyć się zarzutów stronniczości. Kevin Macdonald wydaje się być odpowiednią osobą, aby podjąć się tego niełatwego zadania.

Filmy dokumentalne ocenia się zdecydowanie trudniej niż fabularne zważywszy na okoliczność, że ogromny wpływ na postrzeganie obrazu ma jakość ukazywanej historii. Intrygująca opowieść nawet przedstawiana w sposób nie do końca przemyślany lub trudny w odbiorze pozostawia raczej dobre wrażenie. Pod względem doboru tematu film Kevina Macdonalda już wybija się na tle innych produkcji, natomiast pod względem formy reżyser zdecydował się na przedstawienie Whitney oczami jej najbliższych, choć również sięgnął po archiwalne nagrania, w których wypowiada się sama artystka. Portret piosenkarki tworzony jest zatem poprzez wypowiedzi członków rodziny, przyjaciół i współpracowników, a każdy z nich dokłada swoją cegiełkę do całokształtu, jednak niekiedy i zmienia aspekt opisany przez kogoś innego. Twórca oczekuje od widza również własnego oceniania przedstawionych informacji, co wiąże się – chcąc, nie chcąc – z obdarzaniem rozmówców większym lub mniejszym zaufaniem. Za cenne źródło potraktować można wywiady przeprowadzone z Whitney Houston, ale przede wszystkim amatorskie nagrania znajomych, na których gwiazda muzyki pop mogła być sobą – w tych momentach dostrzec można, jak z początku młoda, pełna wigoru piosenkarka powolnie zmienia się pod naciskiem rodziny i presji ze strony fanów w wrak człowieka. Oczywiście, sama artystka, sięgając po narkotyki, utrudniła sobie możliwość wyciągnięcia z emocjonalnego dołka. Największych mankamentem dla mnie podczas oglądania dokumentu była pewnego rodzaju idealizacja postaci Whitney – nie śmiem wątpić w jej talent ani osiągnięcia, które zdobyła, nie neguję faktu, że z pewnością życie gwiazdy nie jest usłane różami, jak mogłoby się wydawać, jednak nie oszukujmy się – podstawowa zasada to: o zmarłym mówi się dobrze albo wcale. I wcale nie chodzi tutaj o przysłowiowe wyciąganie brudów, ale o kompletny obraz życia piosenkarki.

Swój dokument Kevin Macdonald prowadzi w sposób chronologiczny – od nieśmiałych początków, poprzez niesamowite wyczyny muzyczne artystki aż do momentu, kiedy gwiazda muzyki pop zaczęła się już tylko tlić i ostatecznie zgasła. Oddać trzeba reżyserowi, że umiejętnie wplótł w opowieść zmiany społeczno-kulturowe, które z pewnością odegrały ważną rolę w sposobie kształtowania się świadomości piosenkarki. Whitney jest zatem dokumentem przepełnionym muzyką niezwykłej osobowości, której przyszło zmierzyć się nawet nie tyle co ze światem, a z własnymi demonami – to niekiedy smutny obraz samotnego zatracenia się w swoich własnych słabościach.

Ocena: 7,5/10

Nieustraszona pogromczyni każdej pozycji filmowej bez względu na to, czy ma zmierzyć się z klasykiem kinowym, czy polską komedią romantyczną. Dzień bez obejrzanego filmu, jest dniem straconym. Jej mottem życiowym jest: good films make your life better, choć kino klasy B także ma swój urok.