Hity ABBY w pięknych greckich krajobrazach kiedyś były sprawdzonym sposobem na sukces. Teraz w dobie obrazów, które bombardują nas z każdej możliwej strony, ten przepis jest lekko przestarzały, żeby nie powiedzieć całkowicie spalony. Jednak po dziesięciu latach znów przenosimy się na niesamowitą wyspę, aby po raz kolejny przeżyć, a raczej wspomnieć wakacyjną przygodę Donny.

Przed seansem Mamma Mia: Here We Go Again każdy odbiorca miał z tyłu głowy pewien schemat, jak powinien wyglądać film, którego pierwsza część zachwyciła miliony Polaków. Tak kazały nam myśleć wszelkiego rodzaju trailery, newsy i nagrania z planu – innymi słowy – tego lata szykował się seans idealny. Wszystko spekulowało za tym, że Mamma Mia 2 odniesie równie wysoki sukces, a dzieło przejdzie do historii i będziemy je oglądać wymiennie z poprzedniczką. Marketing marketingiem, ale niezadowolenie odbiorców słychać coraz częściej, a głosy całkowicie podzielone, nie tylko wśród wyznawców X muzy, ale też niedzielnych oglądaczy. Fanów zastanawia – co poszło nie tak, czemu nikt nie jest zachwycony, jak w 2008 roku, a “nóżka nie chodzi”

Zanim dostaniemy się na wymarzoną grecką wyspę, a oko będziemy cieszyć przepięknymi krajobrazami, zobaczymy zakończenie roku szkolnego w wykonaniu młodej panny Sheridan. W dźwiękach „When I kissed the teacher” opuścimy mury placówki, aby z hukiem rozpocząć wyczekiwane wakacje. Pomału odkryjemy szaleńcze życie bohaterki – podróże po świecie, a w rezultacie odkrycie wyspy, na której wszystko tak naprawdę się zaczęło. Zanim to, Donna zaprzyjaźni się z Harrym i kropka, kropka, kropka… Następnie w czasie podróży na wyspę towarzyszyć będzie Bill, przystojny Skandynaw, a tam podczas burzy pozna Sama – niestety ta miłość również zakończy się, tak szybko jak się zaczęła, gdy Donna dowie się o tym, że chłopak ukrywa przed nią narzeczoną. Nie zapomnijmy, że gdzieś po drodze miało miejsce, dobrze nam znane z pierwszej części “kropka, kropka, kropka”. Po szalonej przygodzie dziewczyna zostaje sama, ale z pomocą spieszą niezastąpione przyjaciółki, czy wtedy cała historia nabierze rozpędu?

Równolegle poznamy nowe życie Sophii, która po śmierci matki chce przywrócić wyspę do życia. Decyduje się na wprowadzenie szeregu zmian przy wsparciu jednego z ojców. Reaktywacja pensjonatu Donny przechodzi pomyślnie, w związku z czym weźmiemy udział w wielkim otwarciu świątyni Afrodyty. To jedne z wielu niespodzianek, jakie dane nam będzie zobaczyć po powrocie do greckich krajobrazów. W tej części świata nie zabraknie wspaniałych piosenek, szampańskiej zabawy i prawdziwego powrotu zapomnianych hitów ABBY w wykonaniu Dynamitek i innych turystów odwiedzających.

Mamma Mii 2 możemy zarzucić bardzo dużo. Historia, która miała nas przytrzymać, nijak się nie łączy, spotykamy się ze zlepkiem scen pomieszanych z nowymi wersjami klipów do piosenek ABBY. Tylko wykonania hitów bawią, a fabuła odpowiadająca za główną składową filmu jest całkowicie pominięta. Pod koniec seansu mało kto będzie pamiętać, o czym to było i jaki miało większy sens. A szkoda. Zapowiadało się dobrze, ale w ogromnym natłoku wydarzeń wiele z nich zostało pominięte, a rozpoczęte wątki nie otrzymały swojego zakończenia.

Aktorzy, których po raz kolejny mogliśmy spotkać, bawili się brawurowo, chemię między nimi bez problemu mogliśmy wyczuć, a każda z postaci grała fenomenalnie. Nawet możemy wybaczyć Pierce’owi słabe dźwięki, bo charyzma starej gwardii przykrywa wszystkie minusy. Christine Baranski i Julie Walters znakomicie sprawują się w roli starszych ciotek. Jak przystało na obie panie, gdy zaczynają gościć dźwięki muzyki, a one są na ekranie, rozpoczyna się prawdziwe show. Show do którego, aż chce się wracać i oglądać po raz kolejny i kolejny. Ojcowie również bawią się znakomicie pomimo prywatnych planów i innych obowiązków nie zawiedli córki oraz podnieśli temperaturę na wyspie między innymi wykonaniem „Dancing Queen”.

Niestety za dużo dobrego nie możemy powiedzieć o nowej części zespołu. Nie czuła się najlepiej na ekranie, sława ich porażała, aż momentami przykro było na to patrzeć. Załodze brakowało ducha młodości, a przede wszystkim greckiego kefi. Paradoksalnie młodzi zachowywali się znacznie poważniej i dojrzałej niż ci, co powinni w tym filmie. „Waterloo” okazało się klęską nie tylko Napoleona, ale też Hugha Skinnera, bo pomimo wspaniałej Lily James, kolega z planu nie poradził sobie z rolą. To samo tyczy się dwóch pozostałych aktorów, do końca nie wiedzieli, po co znaleźli się w produkcji i co do końca mają robić. Tańczyć, nie tańczyć, śpiewać, a może nie. Jeden wielki festiwal improwizacji.

Mimo wszystko przedstawienie, pomimo tańca Firtha, śpiewów Brosnana czy ciąży Sophie, skradła bezgranicznie Cher. Gdy weszła na scenę, tłum oniemiał, aby mogła odśpiewać „Fernando” w duecie ze starym znajomym i obecnym managerem hotelu. Całe show trwało kilka minut, ale to kilka minut było tym, na co czekałam cały seans. Bogini popu pokazała wielką klasę, a upływu lat nikt jej nie liczył, a jej hartu ducha może pozazdrościć niejeden dwudziestolatek.

Największym niewypałem i bolączką wszystkich odbiorców była rola Meryl Streep, dumnie zachwalającej musical na wielu plakatach. Musimy jednak zapomnieć o tym, że zobaczymy ją na ekranie. Jest występ potrwa niecałe 2 minuty. Niecałe sto dwadzieścia sekund. Żenująco krótko, a każdy z odbiorców czekał na to, czym zaskoczy Streep w nowej odsłonie. Fani, będą musieli przywyknąć do ról na wyższym poziomie, bo gwiazdy Hollywood nie spotkamy w tej i zapewne kolejnej produkcji komediowo-musicalowej.

Znów udało nam się usłyszeć uwielbiane w latach 70 i 80. przeboje ABBY. Po raz kolejny było to ciekawe przypomnienie, a odświeżone wersje były  przyjazne dla ucha. Brakowało im przepychu i rozmachu, jedynie „Dancing Queen” mogłoby konkurować z wersją z poprzedniej części. Tytułowe „Mamma Mia” w tym wypadku przedstawiało się bardzo ubogo, odśpiewane, bo odśpiewać trzeba, ale nie zrównało sobie fanów jak przed dziesięciu laty. Kolejne odkopane hity prezentują się słabo, wykonania klipowe, a nie filmowe, skupiające się na pokazaniu trzy-czterominutowej wersji, którą wyrywkowo każdy z nas mógł zobaczyć na YouTube, bez konieczności wychodzenia z domu.

Największym minusem musicalu, o ile o nim możemy mówić w kategorii minusu, jest wielkie przehypeowanie filmu. Bańka, stworzona przed oficjalną premierą, była tak wielka, że nie uniosła całego ciężaru. Odbiorcy czują się dobrze w momentach, w których nie powinni, a czują wielkie zażenowanie tam, gdzie powinien zagościć uśmiech na ich twarzach. Scena otwarcia jak najbardziej zasługuje na plus, ale później widzimy spory spadek. Podczas całego przedstawienia obserwujemy sinusoidę humoru reżysera, zależnie od tego, kto w danym momencie pojawia się na ekranie. Sprawą minimum paradoksalną jest fakt, że najlepiej i najgłośniej bawi się starsza część załogi, postacie znane nam z poprzedniej części, natomiast “świeżynki” totalnie gubią się na scenie, grają zbyt poważnie i nie potrafią ani trochę zdystansować się do sytuacji, w której zostają postawieni. Pomimo wspaniałego castingu, młodzi zaniżyli znacznie poziom wydarzenia. A sam film w rezultacie dużo lepiej prezentowałby się, gdyby twórca usunął wszelkiego rodzaju retrospekcje, a nam pozwolił zobaczyć kontynuację.

Ocena 3,5/10

Największa fanka autocada i BIMu. Hobbistycznie miłośniczka malarstwa XIX i XX wieku z naciskiem na: Degasa, Klimta i Bacona. W czasie wolnym szuka filmu idealnego, po którym z czystym sumieniem będzie mogła określić X muzę sztuką.