Ostatnimi czasy filmy chrześcijańskie lub po prostu biblijne z rzadka zyskują inny charakter niż patetycznego, nadmiernie rozdmuchanego, szafującego emocjami wyciskacza łez o uproszczonej retoryce, idealnego na telewizyjne okresy około-wielkanocne. W najlepszym wypadku były to przejmujące, krwawe obrazy, tragiczne w wymowie, kosztowne, typowo gibsonowskie, by dać, jak sądzę, należyty wyraz tego, co dla wielu jest istotne. Nie chciałabym być źle zrozumiana, Biblia to bezsprzecznie skarbnica motywów i archetypów oraz postrzega się ją jako drogowskaz; oczywiście, spora część tych historii nie ma  całkowicie szczęśliwego wydźwięku; dzieje ludu Izraelitów to czysta martyrologia, problem w tym, że taki grunt bywa zbyt grząski i przerasta ambicje reżyserów. O ile taki Pasolini (Ewangelia wg świętego Mateusza, 1964), Scorsese (Ostatnie kuszenie Chrystusa, 1988) czy Norman Jewison (Jesus Christ Superstar, 1973, wyjątkowy musical z aktualną naówczas, zaangażowaną wymową)  umieli wspiąć się na artystyczny poziom, tak inni twórcy, zwłaszcza dzisiaj, serwują dziełka co najwyżej przeciętne. Samson (2018), najnowszy film Bruce’a MacDonalda, także, łagodnie mówiąc, zdaje się w ogniu krytyki nie wychodzić obronną ręką.

Dziejów Samsona z pewnością nie muszę dokładnie streszczać, wszyscy znają koleje losu nazirejczyka [sic!] (osoba przestrzegająca trzech ślubów – niespożywania wina, nieobcinania włosów i niezbliżania się do zwłok) obdarzonego nadzwyczajną, boską siłą, oszukanego przez Filistyńczyków i zdradzonego przez ukochaną. Film odtwarza większość ważniejszych wydarzeń zawartych w Biblii w Księdze Sędziów, z mniejszą lub większą fantazją i choć w pierwszych scenach widać jakby chęć stworzenia czegoś świeżego (przełamanie poważnego tonu „żartobliwym” duo – postaciami Samsona (Taylor James) i jego brat, Caleb (Greg Kriek) – uciekającym przez miasto), wciąż jest to przecież historia niepowstrzymanie dążąca do w gruncie rzeczy smutnego zakończenia.

W tej sytuacji czuć rozdarcie między kinem akcji czy nawet superbohaterskim a biblijnym dramatem. To mogła być doskonała okazja do pokazania dojrzewania bohatera do pewnych decyzji i chociaż jest to niejako zasygnalizowane, to owe dylematy ujmowane są pobieżnie, płytko i zwyczajnie niesatysfakcjonująco. Z kolei ,,superbohaterskie” walki, w które wdaje się nasz ,,gladiator”, najzwyczajniej śmieszą swoim nieporadnym slow-motion oraz ogólną nieudolnością: kolejni oponenci czekają grzecznie w kolejce po swój nokaut, chociaż mają przewagę liczebną całego pułku – rzecz niestety typowa dla wielu średniej jakości filmów o herosach, z tą jednak poprawką, że w Samsonie kuriozum sięga zenitu. Rozumiem niejako kwestię wierności materiałowi  źródłowemu, ale w obecnych czasach takie sceny żenują i nie uchodzą płazem nawet blockbusterom. Proponuję rozważenie opcji, gdzie legendy pozostają li tylko legendami, bo co wygląda imponująco na papierze, nie zachwyca na ekranie. Koniec końców to miks akcji i dramatu w filmie biblijnym, który nie miał prawa się udać, jeżeli został oddany pod pieczę tak nieudolnych twórców.

Kolejnymi mankamentami są braki i rażące niedociągnięcia scenariusza. Pomijając niedopracowane momentami dialogi, naszpikowane stereotypowymi frazami i połączone czasem bez większej logiki (mam głównie na myśli scenę ,,romantycznego” spotkania Samsona z Taren), najbardziej razi niespójność wątków oraz narracja z off’u na początku i końcu filmu. Prawdopodobnie Greg Kriek chciał uzyskać wrażenie przepełnionego emocjami, uniesionego nieomalże, natomiast przez ową patetyczność zabrzmiał fałszywie i, co gorsza, śmiesznie. Podobnie ubogo przedstawia się sposób portretowania antagonistów. Jackson Rathbone jako książę Rallah, syn króla Filistynów ogarnięty szaleńczym dążeniem posiadania siły Samsona, zupełnie nie pomierzył swych sił na zamiary i zaserwował nam typowo zawistnego, knującego węża, okrutnika i cynika. Najprawdopodobniej w zamyśle miał być w stylu najczarniejszych, przebiegłych charakterów rodem  z Gry o Tron – niestety, jego wariacja jest najzwyczajniej słaba, przerysowana i budzi litość. Szkoda, bo takiego antybohatera można było zagrać lepiej, dając chociażby wyrazistszy wyraz jego, podejrzewam, trudnych relacji z ojcem (jako źródłem owej obsesji czy poczucia poniżenia).

Nie jest pocieszająca także strona audiowizualna Samsona. Ostatecznie po Willu Musserze, znanego z kompozycji do Bóg nie umarł (2014), Czy naprawdę wierzysz? (2015) czy Sprawy Chrystusa (2017) nie spodziewałabym się wiele, jednakże tutaj twórca nie tyle popuścił wodze swojej fantazji, co wręcz wymknęła mu się ona z jakiejkolwiek kontroli. Podstawowy błąd wielu autorów ilustracji muzycznych to uczynienie ich zbyt widzialnymi, rażącymi, nachalnymi; w Samsonie dosłownie na okrągło towarzyszy nam taki ,,wyciskacz łez” dyktujący, co mamy czuć oraz rysujący nastrój grubą, nieestetyczną kreską, ponieważ nic innego w tym dziele nie potrafi poprawnie budować atmosfery i emocji. Nie lepiej jest też z wizualnymi aspektami: mam chociażby na myśli niewybaczalnie koszmarne CGI, zwłaszcza przy panoramach miast. Takie niedociągnięcie nie powinno w ogóle się pojawiać przy średnio drogim filmie. Dodać do tego niestaranne ubiory, współczesne, ostre makijaże (oczywiście na jasnych twarzach bohaterek, w końcu wybrzeże Kaananu to zdecydowanie teren zamieszkały przez białą ludność – nawet biorąc poprawkę na indoeuropejskie pochodzenie filistyńskich potomków, brzmi to co najmniej absurdalnie) oraz niedołężnych statystów robiących znudzone miny (polecam przyglądać się ich twarzom w scenie wyłamywania wrót bramy miasta) i mamy materiał na jeden z gorszych filmów tego roku.

Zdecydowanie nie polecam wybierać się na Samsona do kina (zresztą najpewniej jego destynacją będzie południowe pasmo około-wielkanocne w telewizji); razi brakiem doświadczenia oraz porządnego stylu i nie ma ani jednej mocnej, dobrej strony, która by go w jakiś sposób ratowała. Zresztą dotychczasowy boxoffice tegoż dzieła od lutego 2018 roku może mówić sam za siebie – 4,8 miliona dolarów bynajmniej nie imponują. Twórcom pozostaje życzyć powodzenia na dalszej drodze, bo z pewnością im się przyda, jeżeli pragną być poważani w środowisku krytyków i kolegów po fachu.

 

2,5-3/10

Studentka filmoznawstwa na UJ stroniąca od hurra-optymizmu, choć dająca szansę wszystkiemu, co uchodzi za przeintelektualizowane; z kilogramami zarówno ambicji, jak i skłonności do stagnacji; nie posiadająca ,,ulubionego reżysera”, wszak wszystko jest relatywne. Poza oglądaniem filmów lubi oglądać filmy. Ewentualnie pograć lub dobrze zjeść. Definitywnie zaś nie lubi pisać autoafirmacyjnych opisów.