Końcówka wakacji upłynęła pod znakiem legendarnego już Dywizjonu 303: Najpierw w kinach zawitała angielska produkcja 303. Bitwa o Anglię, a parę tygodni później polski film Dywizjon 303. Historia prawdziwa. Oba dzieła zostały dość chłodno przyjęte przez krytyków, o czym świadczą choćby stosunkowo niskie oceny na polskim mediakrytyku. Przyjrzyjmy się bliżej pierwszemu obrazowi, stworzonemu przez Davida Blaira, brytyjskiego reżysera.

Ach ci piloci. Pierwsze fragmenty poświęcone są głównie ich treningowi i przygotowaniu do walk w powietrzu z Niemcami. Od razu rzuca się w oczy brak porozumienia na poziomie lingwistycznym — wszystkie rozkazy i komendy „tłumaczy“ lotnikom Jan Zumbach, przekręcając je i robiąc sobie żarty z przełożonego. Sytuacji humorystycznych doświadczymy nawet więcej (czyżby chodziło o swoiste ,,oswajanie” i chęć odreagowania, zbanalizowania stresu?). Już po chwili mamy scenę z badaniem wzroku. Usłyszawszy polecenie przeczytania ostatniej linii tekstu, jeden z Polaków czyta napisane naprawdę niewielkim drukiem „Made in England“. Całkowicie abstrahując od tego, czy owe żarty kogoś rozśmieszą, budują one bardzo ciekawy kontrast z późniejszymi scenami, w których już nikt nie będzie miał ochoty na drobne śmieszności czy tańce z pobliskimi żołnierkami. Gdy Dywizjon pierwszy raz ruszy do boju ten okres zabawy i beztroski zakończy się bezpowrotnie. Wraz z nimi powoli odchodzą także emocjonujące fragmenty, gdyż wraz z postępem fabuły wszystko będzie stawało się coraz bardziej przewidywane i schematyczne.

Wielu recenzentów narzekało na niski poziom wykonania scen skupiających się na podniebnych walkach z samolotami wroga i trzeba przyznać, że mają w tym wiele racji. Budżet produkcji niestety nie stał na zbyt wysokim poziomie, więc niestety sekwencje rozgrywające się na niebie musiały na tym ucierpieć. Oczywiście nikt nie spodziewał się po 303. Bitwa o Anglię rozmachu w stylu trochę starszej Dunkierki, ale i tak nie można oprzeć się wrażeniu, iż spokojnie mogło to zostać lepiej rozwiązane i rozplanowane, dzięki czemu mniej rzucałoby się to w oczy.

Cieszy fakt, że Iwan Rheon, znany głównie z kreacji Ramsaya Boltona w Grze o tron, w miarę opanował język polski na potrzebę roli Jana Zumbacha. Smuci natomiast to, że i tak został zdubbingowany i nie usłyszymy go mówiącego w naszym języku, a z anglojęzycznych zwiastunów można wywnioskować, że wychodzi mu to znacznie lepiej niż na przykład Michaelowi Fassbenderowi. Z obsadą wiąże się jeszcze jeden problem. Znaczna część bohaterów zajmuje miejsce gdzieś w dalszych planach, dlatego czasem można mieć problem rozróżnić, który z nich właśnie został zabity, tym bardziej jeśli ta postać jeszcze nic nie mówiła, względnie jej kwestie ograniczały się do kilku zdań.

Pozytywem również uznać należy fakt, że film nie stara się atakować z każdej strony hurrapatriotyzmem, zachowuje w tym racjonalny umiar. Oczywiście zapewne niemałe znaczenie w tym ma osoba reżysera i kraj, z którego pochodzi, gdyż gdyby był Polakiem mogłoby być zupełnie inaczej. Olbrzymie znaczenie w kontekście całości posiada samo zakończenie, przedstawiające rozgoryczonych pilotów. Wcześniej zapewniano ich, że są bohaterami, przeprowadzano reportaże im poświęcone, a ostatecznie nie znalazło się dla nich miejsce w powojennej Anglii.

Gdyby 303. Bitwa o Anglię uzyskał większy budżet, byłoby to dzieło z pewnością pełniejsze, lepsze. Tak wyszedł raczej niewypał, z nieujmującymi efektami specjalnymi i wszechobecną nudą, która wkrada się w pewnym momencie i nie opuszcza już niestety do końca. Szkoda, bo jakby nie patrzeć temat należy do ciekawszych i spokojnie można o nim nakręcić obraz znacznie lepsze.

4/10

Student filmoznawstwa, wielki pasjonat filmów i dobrej muzyki. W wolnych chwilach zawsze coś ogląda, by mieć co zrecenzować. W związku z tym najłatwiej go spotkać w kinie.