Basquiat – Taniec ze śmiercią w reżyserii Juliana Schnabela

W 1996 roku, Julian Schnabel, reżyser Motyla i skafandra czy At Eternity’s Gate, postanowił stworzyć dzieło poświęcone Jean-Michelowi Basquiatowi, amerykańskiemu malarzowi, mającemu zaszczyt współpracować choćby z Andym Warholem, a wciąż nieznanemu poza granicami USA.

Basquiat – Taniec ze śmiercią skupia się jedynie na kilku latach życia tytułowego bohatera, przedstawia jego relację z najbliższymi, ale też z ludźmi sztuki czy agentami. Znaczna część poświęcona jest także wspomnianemu Warholowi, który odegrał olbrzymią rolę w życiu młodszego twórcy.

Duża zaleta produkcji Schanbela to świetna obsada aktorka. Jeffrey Wright jako Basquiat sprawdza się znakomicie. Jego kreacja jest wyjątkowo przekonująca i ogląda się ją ekranie przyjemnie. Ustępuje on jednak miejsca Davidowi Bowiemu wcielającemu się w Warhola. Legenda pop-artu wyszła muzykowi wręcz wybornie. Nie tylko wygląda jak on (dzięki doskonałej charakteryzacji) ale również wiele zachowań przeniósł na ekran w sposób bardzo dokładny. Reszta obsady, równie znamienitej, także im nie ustępuje. Gary’ego Oldmana zawsze miło zobaczyć, choćby w epizodycznej roli, podobnie jak i Benicio del Toro.

Solidną robotę wykonała osoba odpowiedzialna za muzykę. Z głośników będzie dane nam usłyszeć przeboje takich gwiazd jak Iggy Pop, Pink Floyd czy Tom Waits, co czyni seans tym przyjemniejszy dla każdego audiofila.

W ramach ciekawostki można jeszcze rzec, że za materiały wykorzystane w scenariuszu do Basquiat – Taniec ze śmiercią odpowiada Polak — Lech Majewski, znany choćby z Młynu i Krzyża czy Wojaczka.

Podsumowując, dzieło Juliana Schnabela to produkcja zdecydowanie warta uwagi widowni. Sam film stoi na wysokim poziomie i jest po prostu w stanie zapewnić interesujący pomysł na spędzenie wolnego czasu, a do tego poszerzenie swojej wiedzy na temat amerykańskich artystów.

8/10

Tylko kochankowie przeżyją w reżyserii Jima Jarmuscha

Motyw wampirów wydaje się być w popkulturze przemielony w każdy możliwy sposób. Zaczynały one jako straszliwe potwory gotowe wyssać każdą kroplę krwi z człowieka, a w ramach ewolucji stały się obiektem uczuć wielu młodych dziewczyn. Na swój sposób do tego tematu podszedł również w Tylko kochankowie przeżyją Jim Jarmusch, autor Patersona czy Nocy na ziemi.

Jak to zwykle u Jarmuscha bywa, fabuła bardzo szybko schodzi na dalszy plan. Gwoli ścisłości warto jednak jakoś ją określić. Adam i Eve są parą. Mężczyzna na co dzień żyje w Detroit, kobieta w Tangerze. Katalizatorem zdarzeń jest przyjazd Evy do Detroit, gdyż, jak się szybko okazuje, w ślad za nią przybywa jej młodsza siostra.

Wampirom stworzonym przez Jarmuscha zdecydowanie bliżej do łaknących posoki bestii, niż ich wyegzaltowanych wersji. Co prawda Adam i Eve nie piją krwi wprost od ludzi, ale zdobywają ją choćby w szpitalach czy od innych sprawdzonych dostawców, to wciąż mamy w Tylko kochankowie przeżyją parę dowodów na ich brutalność.

Olbrzymim plusem filmu są pięknie zaplanowane, dopieszczone i wykonane ujęcia, których w całości nie brakuje. Yorick Le Saux odpowiedzialny za zdjęcia, wykonał kawał dobrej roboty, a jej efekty ogląda się z niebywałą satysfakcją. Piękne kadry dopełniają jeszcze wyjątkowo intensywne kolory, stanowiąc razem doskonała harmonię.

Przechodząc powoli do konkluzji, Jarmusch w Tylko kochankowie przeżyją nie odchodzi od swojego utartego stylu. Specyficzni bohaterowie wyróżniający sie na tle społeczeństwa, czy niejako wszechogarniająca nuda, obecna podczas seansu. W tym przypadku warto jednak mu wybaczyć to znużenie i zdecydować się na projekcję Kochanków, bo to jeden z lepszych obrazów tegoż reżysera.

8/10

Las Vegas Parano w reżyserii Terry’ego Gilliama

Terry Gilliam rozpoznawalny jest głównie z pracy w Monty Pythonie, brytyjskiej grupie komediowej. Stworzył z nimi między innymi Monty Python i Święty Grall czy Żywot Briana, a więc chyba najbardziej znane produkcje Pythonów. Poza tą działalnością, Gilliam ma także owocną karierę solową — jest autorem Brazil, Fisher Kinga czy wreszcie przedmiotu tego tekstu, czyli Las Vegas Parano.

Przełom lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych to wyjątkowo interesujący okres w historii Stanów Zjednoczonych. Rozwijające się ruchy kontrkulturowe, rewolucja seksualna, hipisi. W takim to czasie i okolicznościach do Las Vegas przybywa Raoul Duke (alter ego Hntera S. Thompsona) i dr Gonzo, jego prawnik. Mają za zadanie przeprowadzić reportaż z odbywających się tam zawodów motocyklowych. Podczas podróży oczywiście nie stronią oni od wszelkich narkotyków i innych używek.

Las Vegas Parano to przede wszystkim dzieło poświęcone odchodzącym w zapomnienie czasom. Czasom lat sześćdziesiątych, beztroskości, narkotyków, kontestacji. Jak każda dekada i ta musiała kiedyś się zakończyć i ustąpić miejsca temu, co przychodzi po niej i niejednokrotnie zmienia obraz wielu rzeczy o sto osiemdziesiąt stopni.

Johnny Depp w roli Raoula Duke wypada rewelacyjnie. Amerykański aktor zawsze najlepiej odnajdywał się w postaciach wyraźnie różniących się od pozostałych, w pewien sposób odstających od rzeczywistości, a taki właśnie jest Duke, będący wiecznie pod wpływem narkotyków i nierozróżniający rzeczywistości od ułudy. Oklaski należą się także Benicio del Toro za kreację dr Gonzo. Dwójka ta razem tworzy naprawdę intrygujący duet, wprowadzający widza w świat kontrkultury.

Podsumowując, Las Vegas Parano Terry’ego Gilliama to obraz ciekawy i solidnie wykonany. Owszem, swoją psychodelicznością może zrazić część potencjalnych widzów, jednak jeśli nie damy się tym odrzucić, czeka nas przyjemny i interesujący seans.

8,5/10

Student filmoznawstwa, wielki pasjonat filmów i dobrej muzyki. W wolnych chwilach zawsze coś ogląda, by mieć co zrecenzować. W związku z tym najłatwiej go spotkać w kinie.