Wakacje to czas rozprężenia i rozleniwienia nie tylko w ogólnym ujęciu, lecz także w kinowej maszynerii, ponieważ zwykle skutkuje on chwilowym brakiem wielu alternatyw co do wyboru filmów spośród premier – określiłbym tę sytuację, pewnie trochę na wyrost, ,,dead spotem”. A jednak mimo wszystko Marvel wyszedł obronną ręką, gdyż, serwując po kwietniowym chaosie i feerii różnorakich postaci w Avengers: Wojna bez granic (reż. Anthony i Joe Russo, 2018) nieco bardziej kameralne kino nowej przygody (pojmowane w ujęciu Jerzego Płażewskiego[1]), czyli Ant-Mana i Osę (reż. Peyton Reed, 2018), uzyskał niezgorszy wynik 610,521,593 dolarów box office[2]. Można śmiało rzec, że strategia marketingowa, by przesunąć kontynuację przygód Ant-mana na sam środek przerwy letniej była sprytna i nad wyraz skuteczna.

W poprzedniej części pożegnano nas lekkim, acz dość przewidywalnym cliffhangerem, ale fabułę najnowszej produkcji otwiera retrospektywna scena inicjalna, pokazująca w jaki sposób Janet van Dyne (Michelle Pfeiffer), żona Hanka (Michael Douglas) trafiła do molekularnego ,,więzienia” w otchłaniach Quantum Realm – o tyle znamienna, że przedtem wstrzymano się z ujawnieniem twarzy bohaterki.  Zaraz potem jednak przechodzimy to akcji właściwej; otóż Scott Lang (Paul Rudd), jako że wziął udział w walce Kapitana Ameryki z Iron-Manem (referencja względem Kapitana Ameryki: Wojny bohaterów) i dał się złapać służbom, odbywa kilkunastomiesięczny areszt domowy pod czujnym okiem sumiennego, trochę pobłażliwego i w ogólnym rozrachunku dość sympatycznego, acz naiwnego agenta Jimmy’ego Woo (Randall Park) – nie jego wszak winą jest, że w filmach superbohaterskich służby z reguły pełnią rolę fajtłapów. W związku z tym Scott wytycza sobie kilka prostych czynności i oddaje się lenistwu, przerywanym li tylko zabawą z ,,orzeszkiem”, tj. odwiedzającą go córeczką Cassie (Abby Ryder Fortson). Owa obowiązkowa rutyna ma się już ku końcowi, gdy nagłym i (oczywiście) niespodziewanym zbiegiem okoliczności, na parę dni przed końcem aresztu ze Scottem kontaktuje się w nadnaturalny sposób Janet van Dyne. Okazuje się, że Hank i Hope (Evangeline Lilly) od dłuższego czasu eksperymentują, aby móc sprowadzić ją do realnego świata, wiedzeni nadzieją, którą dał im szczęśliwy powrót Scotta z Realmu. Problem w tym, że prowadzone przez nich badania interesują także inne indywidua, aczkolwiek ich cele bynajmniej nie są zbieżne.

Oczywiście, jak zwykle w przypadku tej serii, choć bohaterowie nagminnie demolują całe struktury urbanistyczne, stawką i motorem akcji nie jest wcale ,,ratowanie świata”, a osobiste dramaty i więzy rodzinne (grzeją serce sceny pokazujące głębie relacji między Cassie a ojcem, pełne zresztą ciepłego humoru w stylu ,,daddy jokes”, vide trofeum dla ,,Najlepszej babci na świecie”), zaś w przypadku Scotta – chodzi też dodatkowo o odbudowanie zaufania i wrócenie do łask. Pojawia się też, rzecz jasna, tytułowa, wyczekiwana przez fanów Osa (kostium prototypowy na wzór tego noszonego przez Janet przywdziewa Hope) – nowa, silna, niezależna postać kobieca, wcale nie mniej skuteczna w boju (a wręcz, w mojej opinii, nawet lepsza), przyrównując do Ant-mana. W tym duecie czuć lekko pikanteryjne wrzenie, lecz przede wszystkim – nierzadko zdarza się, iż Hope wykazuje się większą zmyślnością, podbijając niejako humorystyczny wydźwięk scen, których traktuje Scotta pobłażliwie. Kwestią podlegającą wyłącznie subiektywnym spojrzeniom pozostaje pytanie, czy Osa zdoła przebić popularność i, kolokwialnie rzecz ujmując, ,,hype” na, chociażby, Czarną Wdowę.

Stojąca na drugim biegunie figura antagonisty to dopiero temat warty uwagi – jako jeden z niewielu oponentów wybijających się ponad zwyczajowość i konwencjonalność, jawi się doprawdy jako postać tragiczna. Jego działania nie są pozbawione powodów; to nie wyimaginowana, shiperbolizowana żądza posiadania nieograniczonej władzy, ani nic porównywalnie patetycznego ,,w stylu avengersowym”. Duch, bo tak owej osobliwości na imię, ma do rozstrzygnięcia znacznie bardziej personalne porachunki i zarzem dające się zrozumieć dążenia – chce mieć możność egzystencji na pełnych prawach, które zostały jej odebrane. Jakkolwiek radykalne nie byłyby jej kroki, motywacje wciąż postrzegam za, przynajmniej w jakiejś części, uzasadnione.

Z kolei obawę przed zbytnią dozą rozrzewnienia rozwiewa oczywiście wszechobecny, nieodzowny humor i, będące swoistymi, porozumiewawczymi mrugnięciami oka, nawiązania do wszelakich tekstów kultury. Znajdziemy zatem postaci typowe dla zabiegu zwanego ,,comic-reliefem”, czyli znanego nam już z pierwszej części, rozgadanego, wszędobylskiego i rozentuzjazmowanego Luisa (Michael Peña) oraz jego rosyjsko (bądź po prostu obco) brzmiących współpracowników, sfiksowanych w pewnym momencie na punkcie Baba Jagi, których gagi muszą przyprawić o uśmiech nawet największych sceptyków i zrzędy. Nadto pojawiają się nieomalże slapstickowe pogonie Jimmy’ego Woo i jego nieustanne, nieuchronne ,,zderzenia ze ścianą” – tzn. faktem, że nie Ant Man po raz kolejny go wykiwał i wciąż pozostaje dla niego nieuchwytny. Ponadto, oczywiście, nie mogło zabraknąć wariackich scen i żartów powiązanych z samą konwencją i sednem ,,supermocy” bohaterów (tj. funkcjami ich gadżetów) – na przykład, gdy samochód służy jako hulajnoga, zaś każdy kolejny, przywoływany, ant-manowy ,,powietrzny rumak” (nazywany oczywiście podług tradycji kalamburowej, na przykład ,,ANT-onio Banderas”) zostaje pożarty przez mewy. Wspomniane już wybiegi intertekstualne, pozostawające oczywiście w tle, budzą u odbiorcy samozadowolenie po ich rozkodowaniu; gdzieś słyszymy, że ktoś nazwał Ducha Boogeymanem (co stanowi nawiązanie do pośledniego filmu Boogeyman z 2005 w reżyserii Stephena Kaya), w tle jednej sceny przewija się sekwencja palenia marihuany z Menażerii (reż. John Landis, 1978) i rozmowy o Wszechświecie  jako małym atomie paznokcia jakiegoś innego, gigantycznego bytu, zaś pod koniec filmu oglądany przez bohaterów horror o inwazji ogromnych mrówek to najpewniej One! w reżyserii Gordona Douglasa z 1954 roku.

Suma summarum zatem, Ant man i Osa to produkcja definitywnie dostarczająca sporą dawkę rozrywki – lekkiej i idealnej wręcz na luźne seanse w gronie przyjaciół. Za minus można co prawda uznać nadwyrężanie terminologii naukowej i sztuczne dopasowywanie sobie jej do potrzeby brzmienia fraz jako ,,bardzo trudnych rzeczy”, ale ów mankament nie ciąży tak, by burzyć całkowicie immersję. Wizualnie atrakcyjny, dynamiczny i budujący obraz Peytona Reeda (albo też po prostu Marvela) skierowany jest w zasadzie do każdego widza. Seria o Ant-manie oferuje MCU bogate w możliwości wykorzystania, osobliwe poszerzenie wymiarów, póki co jednak, stanowi poletko dla kameralnych, acz przecież ciepłych w wyrazie i niemniej porywających historii.

7,5/10

[1] J. Płażewski, Nowa Przygoda i co dalej?, ,,Kino”, 1986, nr 5, s.33-39.

[2] https://www.boxofficemojo.com/movies/?id=ant-manandthewasp.htm

Studentka filmoznawstwa na UJ stroniąca od hurra-optymizmu, choć dająca szansę wszystkiemu, co uchodzi za przeintelektualizowane; z kilogramami zarówno ambicji, jak i skłonności do stagnacji; nie posiadająca ,,ulubionego reżysera”, wszak wszystko jest relatywne. Poza oglądaniem filmów lubi oglądać filmy. Ewentualnie pograć lub dobrze zjeść. Definitywnie zaś nie lubi pisać autoafirmacyjnych opisów.